cookies

Używamy informacji zapisanych za pomocą cookies i podobnych technologii m.in. w celach reklamowych i statystycznych oraz w celu dostosowania naszych serwisów do indywidualnych potrzeb użytkowników. Mogą też stosować je współpracujące z nami podmioty. W przeglądarce można zmienić ustawienia dotyczące cookies. Korzystanie z naszego portalu bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia. Jeżeli nie zgadzasz się na używanie cookies możesz również opuścić naszą stronę. Więcej informacji w naszej polityce prywatności (https://kurierhistoryczny.pl/polityka-prywatnosci,7).

„Legiony” to stracony los [recenzja]

Jakub Wojas, 21.09.2019

Scena szarży pod Rokitną w filmie "Legiony" (Foto: Jacek Piotrowski/Kino Świat/mat. promocyjne)

W zapowiedziach do filmu „Legiony” można by zamieścić hasło: „Twórcy Smoleńska przedstawiają…”, gdyż za obydwiema produkcjami, przynajmniej częściowo, stoją te same osoby. Czy poziom artystyczny obydwu filmów jest zatem podobny? Nie, „Legiony” są filmem lepszym. Odrobinę lepszym.

Tegoroczny wrzesień obfitował w dwa filmy historyczne, dotykające mniej więcej podobnej tematyki. „Piłsudskiego” Michała Rosy i „Legiony” Dariusza Gajewskiego dzielił tydzień w terminie wejścia do kin. Rychło się też okazało, że przedpremierowe sympatie do obydwu produkcji dzielą się wzdłuż linii sporu politycznego w Polsce. „Piłsudski” jest dziełem, w swojej wymowie i nastawieniu twórców, bardziej sceptycznym wobec dzisiejszych władz. Film opowiadający o socjalistycznej działalności Józefa Piłsudskiego został wsparty szeroką akcją promocyjną „Gazety Wyborczej”. Tam też zaraz po wejściu „Piłsudskiego” na ekrany pojawiły się aż trzy pozytywne recenzje, z czego jedna wręcz entuzjastyczna. Grający tytułową rolę Borys Szyc oraz reżyser Michał Rosa komentując swoje dzieło także nie odżegnywali się od pewnych aluzji do współczesności. Miało to swoją cenę. Budżet „Piłsudskiego” trudno było spiąć. Dostał on wprawdzie najwyższą możliwą dotację z Państwowego Instytutu Sztuki Filmowej, ale by dokończyć film Studio Filmowe „Kadr” balansowało na krawędzi, nie mogąc uzyskać zewnętrznych sponsorów.

Problemy budżetowe nie ominęły też „Legionów”, jednak ostatecznie finansowanie tego filmu przewyższyło superprodukcje ostatnich lat i wyniosło 27 mln zł, czyli dwa razy więcej niż w przypadku „Piłsudskiego”. Twórcy chwalili się możliwościami i rozmachem, jakiego do tej pory w polskim kinie nie było. Autorzy scenariusza: Tomasz Łysiak, Dariusz Gajewski, Michał Godzic i Maciej Pawlicki, co nie jest tajemnicą ani zarzutem, częściowo kojarzeni z obecną władzą, realizowali swój projekt na najwyższym, jak na polskie warunki, poziomie. Za reżyserię odpowiadał współscenarzysta Dariusz Gajewski – swego czasu zdobywca Złotych Lwów na Festiwalu w Gdyni za film „Warszawa”. Zapowiadało się zatem naprawdę dobrze. A jak wyszło?

 

Rozczarowanie – tak jednym słowem można podsumować ten film. Obraz poległ przede wszystkim w warstwie scenariuszowej i jego reanimacje scenami batalistycznymi na nic tu się zdają. „Legiony” tak naprawdę nie mają głównego bohatera. Jest nim być może chwilę Józek (Sebastian Fabijański) –  pochodzący ze społecznych nizin dezerter z carskiej armii, który przypadkowo trafia do Legionów. Początkowo za bardzo nie chce tu być i marzy o powrocie do rodzinnej Łodzi, ale jak to w życiu bywa zbiegi okoliczności zmuszą go do zmiany zdania. Po pewny czasie też się zakochuje w pięknej łączniczce i sanitariuszce Oli (udany debiut na wielkim ekranie Wiktorii Wolańskiej), której jednak serce należy do dzielnego ułana Tadeusza Zbarskiego (Bartosz Gelner). Niestety, ten żywcem ściągnięty z hollywoodzkich produkcji, interesujący jak zeszłoroczne opady śniegu w północnych Andach, wątek miłosnego trójkąta jest głównym motywem filmu. I co z tego, że aktorzy próbują wykrzesać z tego co tylko mogą, skoro nie mają tak naprawdę co grać? Wszystko jest tu płaskie, schematyczne, po tysiące razy odegrane w filmach na całym świecie pod hasłem „miłość w czasach wojny”. W konsekwencji wszystko się tu dłuży i nuży.

O wiele lepiej wygląda epizod porucznika Kaszubskiego „Króla”, znakomicie zagranego przez Mirosława Bakę. Z nim związane są m.in. udane sceny „kuszenia” – przejścia na drugą stronę - wysuwane przez dawnego kolegę z carskiej armii, granego przez Grzegorza Małeckiego. Świetny epizod odrywa Antonii Pawlicki jako Jerzy Topór-Kisielnicki. Dobrze wypadają sceny batalistyczne, ale bez przesady. Zabrakło tu pomysłowości i sięgnięto znów po utarte wzorce zza Oceanu. Miejscami wręcz się zdaje, że twórcy „Legionów” naoglądali się hollywoodzkich produkcji i postanowili zrobić to wszystko w wersji polskiej. Mamy tu więc sekwencje, narzucające nam skojarzenia z „Pearl Harbor”, „Szeregowcem Ryanem”, „Zjawą” czy „Przełęczą Ocalonych”. Jednak nie tędy droga!

 

Wbrew pozorom, „Legiony” nie są filmem Legionach. Twórcy przedstawiają nam historię jak ich wiele, wojnę jakich wiele, którą widziano w innych produkcjach na dużo lepszym poziomie. Z tego dzieła nie dowiadujemy się praktycznie nic o pokoleniu tych, którzy w 1914 roku poszli w bój za Józefem Piłsudskim. Początek filmu to czytankowe dialogi, objaśniające pewne niuanse i podziały polityczne, miejscami okraszane drętwymi scenami, które sprowadzają się do konkluzji „że chcieli żyć, kochać i ruszyć do walki”. Film w dalszej części rezygnuje z dialogowych komentarzy historyczny (i dobrze), ale też historia i idea niepodległości nie ma tu żadnego znaczenia. Najważniejszy staje wątek miłosny i batalistyka.

Nie dowiadujemy się zatem, że Legiony nie były taką sobie „armię dzieciaków”, jako to się w tym filmie określa, lecz jednostką, która wyrosła z konkretnej warstwy społeczno-politycznej. Nie widzimy tu żaru, niepokorności, który pchał ich do szaleńczo odważnych poświęceń. To przecież w Legionach dwudziestokilkuletni szeregowcy nawet po kilku miesiącach służby wyrastali na sprawnych dowódców.

Dziełu Gajewskiego brakuje młodzieńczego nerwu, który mieli legioniści. Brakuje też ukazania podstaw – o co walczyli, dlaczego, jakie były losy formacji legionowych. Nie wiemy, skąd się wzięła u tych młodych idea Polski? Dlaczego nie wybrali popularnego w la belle epoque kosmopolityzmu? I wcale nie trzeba było się odwoływać do patosu, którego widać twórcy „Legionów” bali się jak ognia. Choć „Piłsudski” również zawiera w sobie wiele niedoskonałości w warstwie scenariuszowej, to tu jednak więcej dowiadujemy się o generacjach socjalistów spod znaku „Ziuka”. Być może Rosie pomogło to, że nie musiał wiele wymyślać tylko korzystał z prawdziwego życiorysu, wyśmienicie odegranego przez Borysa Szyca. Mając w pamięci jego rolę, Jan Frycz w „Legionach” jako Komendant wypada blado. Zresztą zestawienie tych dwóch filmów jest najłagodniejszą karą. Chcąc się poznęcać można porównać „Legiony” Gajewskiego do innych produkcji o pokoleniach dążących do niepodległości, jak „Popioły” Wajdy, „Kolumbowie” Morgensterna czy „Gorączka” Holland. Warto zaznaczyć, że ci twórcy nie mieli takich możliwości jak autorzy „Legionów”, a jednak potrafili zrobić coś co się wyróżnia i nie jest kalką zza Oceanu. Poznajemy tamtych bohaterów i ich motywacje ideowe dogłębnie, i przy tym nie mamy taniego patosu. Oczywiście, scenariusze tychże dzieł były adaptacjami powieści, ale kto bronił scenarzystom „Legionów” nie uczynić podobnie? A nawet jeśli nie byłoby dobrego materiału, to trzeba było wykorzystać schematy rodzime, a nie te amerykańskie. Scenami batalistycznymi świata nigdy nie zadziwimy, ale dobrą fabułą jak najbardziej.

Rezultat superprodukcji „Legiony” jest w najlepszy razie przeciętny, urastający do tego poziomu jedynie dzięki dobremu, w miarę możliwości scenariuszowych, aktorstwu oraz kilku epizodom z dodatkami bitewnymi. Opowieść tu nakreślona mogłaby się wydarzyć tak naprawdę na każdej wojnie. Tylko to nie jest film o każdej wojnie. To miał być film o formacji, która już w tamtych czasach uchodziła za legendę; która ze swym najwyższym odsetkiem „inteligenckości” była ewenementem w trakcie całej Wielkiej Wojny. W zamian za to mamy pseudo-hollywoodzkie love story. Najgorsze jest to, że na długo nikt już nie da takich pieniędzy na film o Legionach. Kolejny temat zmarnowany.

Nasza ocena: 5/10

Zobacz także:

Jak wypadł film Piłsudski Michała Rosyj





Komentarze

Udostępnij ten artykuł
Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu

Skomentuj artykuł

Przedłuż subskrypcję, aby dodać komentarz.

Polecane artykuły
pokaż wszystkie artykuły
Reklama
Wszelkie prawa zastrzeżone. © 2017 Kurier Historyczny. Projekt i wykonanie:logo firmy MEETMEDIA