cookies

Używamy informacji zapisanych za pomocą cookies i podobnych technologii m.in. w celach reklamowych i statystycznych oraz w celu dostosowania naszych serwisów do indywidualnych potrzeb użytkowników. Mogą też stosować je współpracujące z nami podmioty. W przeglądarce można zmienić ustawienia dotyczące cookies. Korzystanie z naszego portalu bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia. Jeżeli nie zgadzasz się na używanie cookies możesz również opuścić naszą stronę. Więcej informacji w naszej polityce prywatności.

Piątek, 19.08.2022

Kto zabił generała Świerczewskiego?

Krystian Skąpski, 28.03.2022

Karol Świerczewski

Według oficjalnej wersji byli to banderowcy, którzy 28 marca 1947 r. pod Jabłonkami w Bieszczadach zorganizowali zasadzkę na konwój, w którym jechał Karol Świerczewski. Od samego początku pojawiło się jednak sporo wątpliwości wokół tej śmierci.

To miała być zwykła inspekcja

27 marca 1947 r. był niezwykle nerwowym dniem w sztabie 8. Dywizji Piechoty z Sanoka. Stojący na jej czele płk Józef Bielecki już o poranku nieformalnie dowiedział się, że na inspekcję przyjedzie do niego sam wiceminister obrony narodowej, legendarny „Walter” – gen. Karol Świerczewski. Wszyscy, nie tylko w kręgach wojskowych, dobrze znali tę postać.

Karol Świerczewski był jednym z tych wyższych oficerów w ludowym Wojsku Polskim, którzy mieli za sobą wcześniejszą służbę w Armii Czerwonej. Co więcej, szedł on w 1920 r. z bolszewikami na Warszawę. Jego legendę zbudował jednak udział w wojnie domowej w Hiszpanii. „Walter" stał się nawet pierwowzorem postaci generała Gotza z powieści Ernesta Hemingwaya „Komu bije dzwon?”. W czasie II wojny światowej dowodził 2. Armią Wojska Polskiego. Wskutek kardynalnych błędów w bitwie pod Budziszynem doprowadził do zdziesiątkowania tej jednostki. Nie zahamowało to jednakże jego kariery. W Polsce Ludowej był m.in. posłem do Krajowej Rady Narodowej i wiceministrem obrony narodowej.

Generał Karol Świerczewski

27 marca Świerczewski przyleciał samolotem z Krakowa do Krosna. Od czterech dni prowadził inspekcję garnizonów w województwie krakowskim i rzeszowskim. Do Sanoka jechał już samochodem, co dawało Bieleckiemu trochę czasu na uprzedzenie o wizytacji podległe mu placówki w terenie. Wówczas na obszarze Bieszczad ciągle trwały walki z partyzantką Ukraińskiej Powstańczej Armii. Na drogach było niebezpiecznie, a posterunki wojskowe były stale narażone na ataki.

Do Sanoka generał przybył o godzinie 19.30 w towarzystwie gen. Mikołaja Prusa-Więckowskiego, dowódcy Okręgu Wojskowego V Kraków. Na odprawie wiceminister powtórzył, wyrażoną jeszcze w Krakowie, chęć odwiedzenia jednej z placówek Wojsk Ochrony Pogranicza. W grę wchodziła: Cisna, Komańcza lub Olszanica. O tym, że będzie to Cisna Świerczewski zdecydował dopiero następnego dnia rano w czasie wizyty Baligrodzie. Tam generał odwiedził pobliski cmentarz wojskowy, porozmawiał z wójtem i zapewnił o wsparciu wojska w utrzymaniu bezpieczeństwa mieście.

Podróż do Cisnej wiodła przez położoną między wzgórzami krętą drogę. Konwój jechał początkowo w trzy samochody, lecz już niedaleko od Baligrodu pierwszy z nich uległ awarii. Mimo tego reszta kontynuowała dalej jazdę dwoma samochodami. W pierwszym, otwartym dodge’u jechał „Walter”. Drugim był ciężarowy zis z eskortą. Łącznie 33 żołnierzy.

Miejsce potyczki pod Jabłonkami na zdjęciu z 1968 r. (Wikimedia Commons)

Nagle sześć kilometrów od Baligrodu, pod Jabłonkami padły serie karabinowe. Polacy szybko zdali sobie sprawę, że jest to zasadzka. Na rozkaz Świerczewskiego jego samochód przejechał dalej i ustawił się wzdłuż rzeczki, płynącej z przeciwnej strony niż prowadzony był ostrzał. W ten sposób żołnierze byli narażeni jedynie na ogień z tyłu. Pomimo to kule dosięgły generała. Po pierwszym postrzale w brzuch, „Walter” sam założył sobie opatrunek i wrócił do walki. Następnie padły jednak kolejne strzały. Dwie kule trafiły Świerczewskiego w plecy, tym razem śmiertelnie.

Bój trwał jeszcze jakiś czas. Polacy z obawy przed okrążeniem walczyli tyralierą. Wróg nie ustępował. Dopiero zjawienie się drugiej części eskorty w naprawionym już aucie spłoszył napastników. Ruszył za nimi pościg w sile batalionu i grupy operacyjnej KBW, lecz nie przynosło to większych rezultatów. Prócz generała zginęli także ppor. Krysiński oraz bombardier Strzelczyk.

Dwie komisje – różne wnioski

1 kwietnia 1947 r. w Warszawie odbył się pogrzeb „Waltera”. Zmarłego odznaczono pośmiertnie Orderem Virtuti Militari i zdecydowano wykreować na bohatera współczesnej Polski „poległego w walce z ukraińskimi bandytami”. Wiązało się to jednak z wyjaśnieniem całej sprawy, wskazaniem i ukaraniem winnych. Tym zadaniem zajęły się dwie komisje. Pierwsza powstała na zlecenie Sztabu Generalnego Wojska Polskiego. Druga działała z ramienia Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego.

Już pierwsze przesłuchania żołnierzy i oficerów ujawniły spore nieprawidłowości. Okazało się, że informacje o inspekcji przekazywano otwartym tekstem, mimo że zdawano sobie sprawę z tego, że Ukraińcy podsłuchują rozmowy. Jedynie dowódca 34. Pułku Piechoty ppłk Jan Gerhard i kpt. Henryk Karczewski komunikowali się ze sobą po francusku (w czasie wojny walczyli we francuskim ruchu oporu), lecz i tu wiadomo było, że w jedynym z ukraińskich oddziałów znajdował się weteran Legii Cudzoziemskiej.

Zeznania Gerharda i Karczewskiego się nieco różniły. Obaj zgodnie twierdzili, że odradzali generałowi podróż do Cisnej. Kapitan miał powiedzieć coś w rodzaju, że „na 100% drogi u nas nie są bezpieczne, obywatelu generale". Według Karczewskiego „Walter” odpowiedział wtedy: „Karczewski, nawet w Warszawie można nogę złamać”. Natomiast Gerhard zapamiętał, że było to „Ach i w Warszawie może cegła komu spaść na głowę”.

W przewijających się relacjach uczestników tego wydarzenia nie było też zgodności, co do czasu całej walki (od 30 min do ok. 2 godz.) oraz momentu, kiedy Świerczewski skonał (zaraz po postrzeleniu nad rzeczką czy w trakcie niesienia do samochodu).

Schwytani żołnierze sotni UPA, 1947 r.

Raport komisji Sztabu Generalnego poszedł jednak w innym kierunku. Skupiono się przede wszystkim na zaniedbaniach związanych z zabezpieczeniem całej wizyty. We wnioskach końcowych znalazło się:

1. Ochrona gen. Świerczewskiego na całej trasie Sanok-miejsce napadu była niewystarczająca, pomimo iż miejscowi dowódcy dysponowali wystarczającymi siłami do zorganizowania odpowiedniej ochrony na całej trasie.

2. Przydzielona ochrona nie była odpowiednio przygotowana do swoich zadań. Członkowie ochrony nie mieli instrukcji i nie wiedzieli, co każdy z nich ma zrobić na wypadek napadu. Nie było wyznaczonej grupy do osobistej ochrony generała Świerczewskiego zarówno w czasie podróży, jak i w czasie walki. W ten sposób gen. Świerczewski aż do otrzymania drugiego postrzału był pozostawiony sam sobie.

3. Nie był wyznaczony dowódca ochrony, który by na wypadek napadu objął dowodzenie w walce.

4. Dowódcy 8 DP i 34 pp zlekceważyli niebezpieczeństwo na trasie Baligród-Cisna i zdając sobie dobrze sprawę z warunków w terenie, nie użyli wszystkich stojących do ich dyspozycji środków, aby zapewnić całkowite bezpieczeństwo wiceministrowi ON i dowódcy OW na tej trasie.

5. Prowadzenie zwykłych rozmów telefonicznych na wszystkich szczeblach dywizji należy uważać za karygodny brak czujności i zachowania tajemnicy wojskowej.

Zupełnie inaczej całą sprawę widziała komisja Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, w której znaleźli się słynni oficerowi Urzędu Bezpieczeństwa: Anatol Fejgin i Józef Różański, oraz „doradca” z NKWD Jurij Nikolaszkin. Ich zdaniem zaniedbania, owszem były, lecz nie miały wpływu na całe zdarzenie. Informacje do Baligrodu o zbliżającej się inspekcji przekazano na tyle późno, że nie było możliwości, aby Ukraińcy po jej przechwyceniu zdążyli przygotować zasadzkę. Tym bardziej, że sama podróż do Cisnej była już dla wszystkich zaskoczeniem i UPA mogła się o niej dowiedzieć w najlepszym razie 15-20 min przed całym zajściem. UB rekomendowała zatem, aby gen. Prus-Więckowskiego, płk. Bieleckiego i ppłk. Gerharda, jako winnych przecieków ukarać jedynie naganami ministra obrony narodowej.

Komisja MBP wskazywała ponadto, że ataku dokonała sotnia „Bira”, czyli Wasyla Szyszkanyneca, która 1 kwietnia 1947 r. rozbiła właśnie placówkę WOP w Cisnej. Z kolei fakt, że ochrona była niewystarczająca miał być skutkiem zbiegu okoliczności, wynikłego głównie z nagłej decyzji generała o podróży do wopistów.

To był spisek!

Sprawę oficjalnie zamknięto, lecz z czasem zaczęły wychodzić nowe dowody. Zeznania przechwyconych w trakcie akcji „Wisła” banderowców, a także relacje w prasie zachodniej żołnierzy UPA, którzy uczestniczyli w ataku na konwój pod Jabłonkami nie pozostawiały wątpliwości, że zasadzkę zorganizowały sotnie Stepana Stebelśkiego „Chrina” i „Stacha” (NN).

W tej akcji brały udział siły ukraińskie, liczące ok. 140 partyzantów. Ich celem było zdobycie przede wszystkim broni i zaopatrzenia. Nie zdawano sobie sprawy, że w konwoju znajduje się tak ważna persona. Zresztą w rejon Jabłonek banderowcy przybyli dopiero ok. godz. 9. i ledwo ustawili się na stanowiskach bojowych, gdy nagle nadjechały auta ze Świerczewskim i jego obstawą. Co więcej, po zakończonej walce banderowcy uznali ją… za porażkę. W samochodach nie było żywności, a uzbrojenia wzięto niewiele. Dopiero informacje prasowe spowodowały, że dowództwo UPA zaczęło kojarzyć fakty i rozgłaszać wielki sukces (mocno go zresztą rozdmuchując, twierdząc np. że zostawili ciało generała w samych kalesonach).

Schwytani w Bieszczadach członkowie UPA

Śmierć generała Świerczewskiego stała się pretekstem do rozpoczęcia ostatecznej rozprawy z ukraińskim podziemiem. Już 29 marca 1947 r. Biuro Polityczne PZPR podjęło decyzję o przeprowadzeniu akcji „Wisła” – masowych wysiedleń ludności ukraińskiej i łemkowskiej, co miało odciąć banderowców od ich zaplecza na wsiach. Wątpliwości wokół przebiegu zasadzki pod Jabłonkami jednak nie gasły, a niektórzy łączyli całą sprawę właśnie z tymi posunięciami władz w Warszawie.

Według jednej z wersji, generał po wyskoczeniu z samochodu znalazł się w tzw. martwym polu, w którym nie mogły go dosięgnąć banderowskie kule. Zabić go mieli członkowie jego własnej ochrony. Inna teoria mówi, że to agenci UB w oddziałach UPA naprowadzili ludzi „Chira” i „Stacha” pod Jabłonki, aby ich rękami przeprowadzić wyrok.

Karol Świerczewski podczas swojej ostatniej inspekcji w 
OW Kraków, 1947 r.

Te teorie o wykończeniu „Waltera” przez czerwonych towarzyszy potwierdzać by miało rozcięcie na płaszczu, prawdopodobnie spowodowane przez bagnet. Nie wiadomo też dlaczego w oficjalnej wersji podano, że wiceminister został postrzelony dwa razy, skoro na płaszczu są ślady po trzech kulach.

Komuniści mieliby chcieć zabić Świerczewskiego ze względu na toczące się na szczytach władzy rozgrywki. Ponadto „Walter” rzekomo sprzeciwiał się stalinizacji wojska. Z kolei w jego niby bohaterskiej śmierć upatrywano ostateczny argument, który przekonał opornych w partii do przeprowadzenia akcji „Wisła”.

Atmosferę nierozwiązanej zbrodni komuniści sami wykorzystali w latach 50. do oczyszczania własnych szeregów z niepewnych elementów. Całą winę za śmierć „Waltera” przerzucono na grupę wyższych oficerów. 29 września 1952 r. aresztowano Jana Gerharda. Na podstawie jego wymuszonych zeznań zamknięto m.in. gen. Mariana Spychalskiego, marszałka Michała Żymierskiego i gen. Wacława Komara. Zarzucono im spisek na życie Świerczewskiego i współpracę z francuskim wywiadem. Cała sprawa była szyta grubymi nićmi, ale wtedy doskonale spełniała swoją rolę.

Kolejny raz kwestia zasadzki pod Jabłonkami obiegła opinię publiczną na początku lat 70. Miało wtedy dojść do powstania specjalnej komisja ds. zbadania śmierci Świerczewskiego. Na jej czele stanął Marian Naszkowski, a jednym z jej członków był Jan Gerhard. Sam Gerhard na przełomie kwietnia i maja 1971 r. w rozmowie z Antonim Chrostem stwierdził rzekomo, że doszedł do przekonania, że „Waltera” zabili Polacy. Teorie spiskowe podsyciła w końcu śmierć Gerharda w lipcu 1971 r. Sprawcami tej zbrodni okazali się jego niedoszły zięć niejaki Garbacki i jego kolega Wojatasik. Obydwaj przyznali się do winy, choć mieli problem ze wskazaniem motywów swojego działania. Krążyły plotki, że z mieszkania zamordowanego zniknęły jego zapiski na temat okoliczności zabicia „Waltera”. Ludzie także mówili, że Gerhad musiał zginąć, gdyż jego wiedza zagrażała komuś z niedawno powołanej ekipy Gierka.

Powyższe informacje nie zostały jednak potwierdzone. Nie ma również dowodów, aby u „Chira” lub „Stacha” byli ubeccy agenci, którzy byli prowodyrami akcji pod Jabłonkami. Zresztą nawet jeśli tak było, to i tak między uzyskaniem informacji o nieplanowanej przecież wizycie w Cisnej a wyjazdem generała pozostaje zbyt mało czasu na zorganizowanie zasadzki.

Pozostaje zatem jedynie zastrzelenie generała przez jego własną ochronę. Tylko tutaj pojawiają się z kolei wątpliwości, skąd zabójcy wiedzieli, że pod Jabłonkami dojdzie do zasadzki? Byli w zmowie z banderowcami? Żadna z relacji członków oddziałów „Chira” i „Stacha” na to nie wskazuje. Oni przecież sami nie wiedzieli kogo atakują.

Możliwa natomiast jest piętrowa konstrukcja, że spiskowcy dowiedzieli się o planowanej akcji UPA i zasugerowali Świerczewskiemu wizytę właśnie w Cisnej. Jeżeli jednak śmierć „Waltera” prócz eliminacji niewygodnego towarzysza, miała być również pretekstem do akcji „Wisła”, to przecież nie było pewności, że w czasie krótkiej inspekcji nadarzy się okazja, by generał bohatersko „poległ” w walce z Ukraińcami. Jak widać teorie spiskowe budzą równie wiele, a może nawet więcej, wątpliwości niż sama oficjalna wersja śmierci „Waltera”.

W PRL z Karola Świerczewskiego zrobiono bohatera na miarę Tadeusza Kościuszki. Został patronem ulic, placów, szkół, pojawił się na monetach i banknotach. Na każdej akademii ku jego czci ludzi ciągle jednak intrygowało, co tak naprawdę się stało 28 marca 1947 r. pod Jabłonkami?





Udostępnij ten artykuł

,

Polecane artykuły
pokaż wszystkie artykuły
Reklama
Wszelkie prawa zastrzeżone. © 2017 Kurier Historyczny. Projekt i wykonanie:logo firmy MEETMEDIA