cookies

Używamy informacji zapisanych za pomocą cookies i podobnych technologii m.in. w celach reklamowych i statystycznych oraz w celu dostosowania naszych serwisów do indywidualnych potrzeb użytkowników. Mogą też stosować je współpracujące z nami podmioty. W przeglądarce można zmienić ustawienia dotyczące cookies. Korzystanie z naszego portalu bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia. Jeżeli nie zgadzasz się na używanie cookies możesz również opuścić naszą stronę. Więcej informacji w naszej polityce prywatności (https://kurierhistoryczny.pl/polityka-prywatnosci,7).

Król niczym papież, czyli co by było gdyby powstał Polski Kościół Narodowy

Krystian Skąpski, 31.10.2017

Biskup wileński Paweł Holszański zabrania królowi Zygmuntowi Augustowi wstępu do zboru protestanckiego w Wilnie. Obraz Januarego Suchodolskiego

Nie będę królem waszych sumień – tak miał rzekomo odpowiedzieć Zygmunt August na propozycję utworzenia w Polsce rodzimego odłamu katolicyzmu, na którego czele stałby monarcha. A może to był błąd?

Ta idea zaczęła już kiełkować w latach 20. XVI stulecia. Opowiadali się za nią m.in. Jan Ostróg czy Andrzej Frycz Modrzewskich. Kościół Narodowy ich zdaniem miał wzmocnić integrację ziem wielowyznaniowej Polski.

W owym czasie nad Wisłę zaczęły docierać nowinki religijne z Zachodu. Wśród szlachty wielką popularność zdobył kalwinizm, który postulował demokratyzm i możliwość wypowiedzenia posłuszeństwa władcy, co bardzo odpowiadało modelowi demokracji szlacheckiej. Zygmunt Stary i Zygmunt August dążyli do zatrzymania szerzenia się herezji. Wydawano kolejne edykty, które miały zapobiec przechodzeniu na nowe wyznania i zamienianiu kościołów na zbory.

W rzeczywistości były to ciosy w próżnię. Przywileje szlacheckie skutecznie broniły sfery wyznania przed ingerencją władcy. W konsekwencji ukształtował się w Polsce model daleko idącej tolerancji religijnej.

Portret Zygmunta Augusta w zbroi z lat 50. XVI w.

Ponadto, o ile Zygmunt Stary uchodził za gorliwego katolika, to Zygmunt August za człowieka mającego lekki stosunek do kwestii wyznania. Mówiło się nawet, że król z zazdrością patrzył na angielskiego monarchę Henryka VIII, który został głową kościoła anglikańskiego i co ważniejsze, sam sobie udzielał rozwodów. Zygmunta II ze swoim angielskim odpowiednikiem łączyła bowiem słabość do kobiet i problem z zapewnieniem dynastii męskiego potomka.

Niejako naprzeciw oczekiwaniom polskiego króla wychodziły niektóre środowiska polskich kalwinów z propozycją utworzenia Kościoła Narodowego. Wzorem właśnie Anglii ten odłam katolicyzmu miał zachować dotychczasową hierarchię oraz większość obrzędów. Podstawą było jednak uwolnienie się spod kurateli Rzymu, w którym wspomniany Modrzewski, podobnie jak później Juliusz Słowacki, widział zgubę Polski. Dlatego głową polskiego Kościoła miał być król, a najwyższą władzą Sobór Narodowy.

Kalwini chcąc przyśpieszyć ten proces zaczęli zmiany od własnego podwórka. Zgłosili oni postulat zjednoczenia wszystkich wspólnot protestanckich na ziemiach polskich. W projekt ten zaangażował się szczególnie Jan Łaski – znany w całej Europie wybitny teolog protestancki, który nawet osobiście próbował skłonić władcę do przejścia do obozu Reformacji. W listach do monarchy przestrzegał przed „faryzeuszami” z Watykanu. Dość mocno ich scharakteryzował w pismach do senatu:

Mam tu na myśli papieża rzymskiego, który wraz ze swą wygoloną zgrają domaga się pod pozorem posługi apostolskiej najwyższej władzy nad wszystkimi królestwami i zawsze nie inaczej sadowi swe purpurowe, rogate małpy, jak tylko na wszelkich najwyższych stanowiskach.

Na te zmiany próbował reagować Kościół Katolicki. Rozsądnie, zaczęto zmiany od siebie. W 1551 r. biskupi zawiesili swoją jurysdykcję w sprawach wiary. Zaprzestano również płacenia Rzymowi świętopietrza.

Jan Łaski był znanym w całej Europie przedstawicielem Reformacji. Jego wiedza i doświadczenie mogły być bezcenne dla projektu Polskiego Kościoła Narodowego. Na powyższym obrazie Johanna Valentina Haidta król Anglii Edward VI wydaje w 1550 r. zgodę Janowi Łaskiemu na przewodzenie cudzoziemskim protestantom w Londynie.

Zwolennicy powołania Kościoła Narodowego jednak się nie poddawali. W 1555 r. podczas obrad sejmu w Piotrkowie posłowie protestanccy zaproponowali zwołanie Soboru Narodowego. Domagano się odprawiania mszy w języku polskim, udzielania komunii pod dwoma postaciami oraz zniesienia celibatu księży. Postulaty poparła nawet części biskupów katolickich. Król Zygmunt August zrobił jednak woltę. Oficjalnie poparł projekt, lecz pod warunkiem, że zgodzi się na to wszystko papież. Było to oczywiście wbrew intencjom pomysłodawców.

Papież Paweł IV

Monarcha natomiast wysłał poselstwo do Jego Świątobliwości. Odpowiedzi papieża nie trudno było się domyślić. Paweł IV sprzeciwił się wszystkim postulatom. Wyraził nawet żal, że katolicki król wyszedł do niego z takim zapytaniem. Zygmunt August miał jednakże dzięki temu rozwiązane ręce. Uzyskał pretekst do odrzucenia postulatów protestantów i jednocześnie udobruchał katolików. Jagiellon po prostu uznał, że nie ma o co kruszyć kopi i zrezygnował z walki o powołanie rodzimego Kościoła. Liczyły się doraźne rozgrywki polityczne, a umacnianie innowierców nie było w tym momencie w jego interesie.

A co by było gdyby król zmienił zdanie i wbrew decyzji Rzymu stanąłby na czele kościoła w Polsce?

W zwołanym przez Zygmunta Augusta Soborze Narodowym wzięliby udział nie tylko duchowni katoliccy, ale też protestanci. Po burzliwych negocjacjach powołano by Kościół Narodowy z królem jako jego głową. Skupiałby on nie tylko katolików, ale też liczne grono szlacheckich protestantów.

Byłoby to wydarzenie na miarę chrztu Polski przez Mieszka w 966 r. i mniej więcej podobnie by przebiegało. Nikt bowiem nie pytał wyznawców rzymskiego katolicyzmu na ziemiach polskich, czy chcą dołączyć do nowego Kościoła – po prostu z dnia na dzień, wraz ze zmianą szyldu i szefa dołączyliby do Kościoła Narodowego.

Niewątpliwie, taki proces mógłby doprowadzić do wielu wystąpień przeciwko nowej wiarze, lecz to rzymski-katolicyzm byłby na straconej pozycji. Wśród wyznań chrześcijańskich Kościół Narodowy, gdzie król byłby jednocześnie głową Kościoła, zdobywałby pozycję monopolisty. W takim układzie szlachta chcąc zrobić karierę przechodziłaby masowo na stronę rodzimej wiary. Warto sobie przypomnieć jak to wyglądało za czasów arcykatolickiego Zygmunta III Wazy. Wielu dworzan wyznań protestanckich wracało wtedy do katolicyzmu, chcąc zdobyć większy wpływ na władcę.

Taka pozycja Kościoła Narodowego przyśpieszałaby również polonizację ziem Wielkiego Księstwa Litewskiego oraz Rusi. Podczas gdy w świecie realnym kwestia wyznania nie zawsze łączyła się z przynależnością państwową, to teraz rodzimy katolicyzm nieodłącznie byłby związany z Polską. Zakładając, że Litwa również by dołączyła do Kościoła Narodowego, co wydaje się zresztą naturalną konsekwencją z uwagi na fakt, że głowa Kościoła byłaby też wielkim księciem, to szansa na jakiekolwiek późniejsze antypolskie odrodzenie litewskie, które miało w rzeczywistości miejsce w XIX/XX w,. w naszej alternatywnej rzeczywistości w ogóle by nie nastąpiło. Pod koniec XIX w. to właśnie katoliccy księża pochodzący z chłopstwa budzili na litewskiej prowincji nacjonalistyczne nastroje.

Podobnie cały proces przebiegałby na Rusi. Przejście na polski katolicyzm byłoby jednocześnie deklaracją polityczną. Chęć korzystania z przywilejów w Rzeczpospolitej przyciągałaby wielu do nowego wyznania, spychając do defensywy prawosławie. W świecie rzeczywistym było to niemożliwe, gdyż paradoksalnie osławiona tolerancja religijna pozwalał, przynajmniej przez pewien czas, na bycie jednocześnie wysokim dygnitarzem i prawosławnym. Tym samym, magnaci wspierali jeszcze długo po unii lubelskiej swoje wyznanie fundując coraz to nowe cerkwie i klasztory. Później podobnie było z grekokatolicyzmem. Przez to na tymtych ziemiach stale istniał czynnik wyznaniowy, który przyczyniał się do pogłębiania wzajemnych różnic. Gdyby natomiast powstał Kościół Narodowy nie potrzebne byłaby już unia brzeska. Kwestię rodzimego wyznania, być może również dostosowującego się np. w liturgii do wiernych z ziem wschodnich, Rzeczpospolita oferowałaby w pakiecie.

Powstanie Kościoła Narodowego przyczyniłoby się również niewątpliwie do rozwoju intelektualnego Polski. Rodzimi wyznawcy nie byliby zdani na dyrektywy z Rzymu w sprawie interpretacji nauki Chrystusa i sami musieliby się zabrać za pisanie komentarzy do Pisma Świętego. W rzeczywistości tak wyglądała dotychczasowa działalność ruchów protestanckich w Polsce, których przedstawiciele należeli do czołowych myślicieli tego czasu. W naszym alternatywnym świecie takie ścieranie się poglądów, krytyczne myślenie trwałoby dużej niż jedynie przez okres Reformacji i odcisnęłoby niewątpliwie swoje piętno na rozwoju intelektualnym w całej Europie. Dość wspomnieć jak dużo uczyniła w tej dziedzinie malutka sekta braci polskich, a co by było gdyby włączyłaby się w taki dyskurs całość ówczesnej elity polsko-litewskiego państwa?

Można się też spodziewać, że przyjęcie formuły Kościoła Narodowego wpłynęłoby na późniejsze elekcje. Nowy władca musiałby bowiem dokonać konwersji. To stawiałoby pod znakiem zapytania, czy np. Zygmunt Waza byłby w stanie powiedzieć, że Kraków wart jest mszy?

Są takie momenty, gdy się żałuje, że władza nie ingeruje w nasze sumienia.





Komentarze

Udostępnij ten artykuł
Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu

Skomentuj artykuł

Przedłuż subskrypcję, aby dodać komentarz.

Polecane artykuły
pokaż wszystkie artykuły
Reklama
Wszelkie prawa zastrzeżone. © 2017 Kurier Historyczny. Projekt i wykonanie:logo firmy MEETMEDIA