cookies

Używamy informacji zapisanych za pomocą cookies i podobnych technologii m.in. w celach reklamowych i statystycznych oraz w celu dostosowania naszych serwisów do indywidualnych potrzeb użytkowników. Mogą też stosować je współpracujące z nami podmioty. W przeglądarce można zmienić ustawienia dotyczące cookies. Korzystanie z naszego portalu bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia. Jeżeli nie zgadzasz się na używanie cookies możesz również opuścić naszą stronę. Więcej informacji w naszej polityce prywatności.

Kołtun – wstydliwa choroba Polaków?

Tomasz Boruta, 12.02.2021

Chłopi z kołtunem polskim - obraz Stefana Kocha

Kołtun to choroba, która w historii medycyny najczęściej kojarzona jest z Polską. Chciałoby się dodać – niestety. Kołtun polski, czyli plica polonica to bowiem twardy zlep przesiąkniętych łojem włosów. Choroba świadczyła o braku higieny i zacofaniu pacjenta. Wedle obiegowej opinii niechlubną dla nas nazwę to schorzenie zawdzięcza właśnie temu, że to w naszym kraju występowało ono najczęściej. Tylko, że nie jest to prawdą.

Zabobon gorszy niż choroba

Wydawnictwo Fronda zdecydowała się niedawno na publikację książki prof. dr hab. Zdzisława Gajdy pt. Historia medycyny dla każdego. Autor przeprowadza nas przez dzieje sztuki lekarskiej od starożytności po współczesność. Przy okazji w bardzo przystępny sposób obala wiele mitów związanych z leczeniem i chorobami, z jakimi walczono na przestrzeni wieków. Jednym z nich jest mit polskiego kołtuna - jedynej „polskiej choroby” zamieszczonej w tym zestawieniu. Jak głosił zabobon, obcięcie kołtuna miało powodować, że zgromadzony w kołtunie jad i robactwo rozchodził się po całej głowie i reszcie ciała. Kołtuna zatem nie wolno było przedwcześnie ścinać, bo to mogło skończyć się ślepotą, postradaniem zmysłów, a nawet śmiercią. Nie było to jednak kompletnie bezpodstawne, gdyż takie przypadki rzeczywiście odnotowywano.

Więcej informacji o osobliwych chorobach można znaleźć w książce
Historia medycyny dla każdego

Wierzono, że w kołtunie mieszka diabeł, którego przed ścięciem tego zlepka włosów trzeba przekupić, by nie wszedł do głowy. Stąd do włosów wkładano monety i biżuterię. Kołtun pełnił też rodzaj talizmanu przeciwko kile. O ile plica miała charakter endemiczny i występowała tylko na głowie, to kiła przemieszczała się po całym ciele, stąd zwano ją „gośćcem”, czyli takim schorzeniem, które „rozgościło” się w organizmie. I właśnie chłopskim sposobem na to było wyhodowanie sobie kołtuna i sprowadzenie tam gośćca, by go się pozbyć wraz ze ścinanym kłębem włosów.

Paradoksalnie takie zabobony nie były najgorsze, bowiem zakładały, że kołtuna należy ściąć, co nie zawsze było regułą. Idąc tym tokiem myślenia księża z kolei namawiali chłopów, by pozbywali się tego zlepka włosów, gdy biją dzwony, a procesja rezurekcyjna jest już najlepszym momentem, by wszyscy usunęli z głowy kołtuny. Panował również przesąd, że to listopad, kiedy spadają liście z drzew, to najwłaściwszy moment na ścięcie kłopotliwego kłębowiska.

Polski wkład w historię medycyny

W Europie kołtun jest znany jako polski, ale wcale nie z powodu tego, że wykryto go w Polsce czy że często w Polsce występował. Kołtun znano już w starożytności. Jak przekonuje prof. Gajda, na głowie Meduzy znajdował się skołtuniony warkocz. Z kolei William Szekspir w I akcie Romea i Julii przywołuje zmorę Mab, która zlepia koniom grzywy „w szpetne kudły”. Chorobę kołtunową odnotowano także w krajach niemieckich, włoskich, szwajcarskich oraz Niderlandach. W literaturze pojawiały się zaś nazwy kołtun niemiecki czy żydowski. Najlepiej się przyjął jednak kołtun polski. Dlaczego? Otóż, Polacy wykazali się nadzwyczajną inicjatywą w zwalczaniu tej choroby.

Pod koniec XVI wieku kanclerz Jan Zamoyski podjął się misji podwyższenia rangi nauczania medycyny w Akademii Zamojskiej. By wykształcić światłe kadry wysłał na studia medyczne do włoskiej Padwy Jana Ursyna Niedźwieckiego. Przyszły profesor uczelni w Zamościu miał tam jednak nie tylko pobierać wiedzę, ale również podzielić się własną i przy okazji rozpropagować ośrodek zamojski. W tym celu postanowił zainteresować miejscowych uczonych „jadowitą zarazą”, która choć jest częsta, to słabo rozpoznana. Kołtun stał się w ten sposób pretekstem do wystąpienia Jana Ursyna przed padewskimi naukowcami. Nad problemem „polskiego” kołtuna pochyliło się wówczas ośmiu wybitnych medyków, m.in. Hercules Saxonia, Horatius Augenius, Hieronim Fabricius ab Aquapendente, Antoni Niger i Aleksander Vigentia. Efektem tego było kilka rozpraw naukowych, które na przykładzie polskim traktowały o tym schorzeniu. Mimo że wtedy nikt nazwy pilca polonica nie odczytywał jako dowód, że to typowo polskie schorzenie, to z czasem właśnie ta interpretacja stała się dominująca.

XVIII-wieczna rycina kołtuna polskiego

Niestety, szczegółowe opisanie kołtuna na przykładzie polskim na stale złączyło tę dolegliwość z naszym krajem. Dodatkowo przeświadczenie o polskiej specyfice tego schorzenia wzmacniało zainteresowanie naszych medyków tą jednostką chorobową. Najpoważniejsze dzieła dotyczące Weichselzopfa, czyli warkocza znad Wisły, jak nazywali kołtuna Niemcy, wyszły spod ręki Józefa Dietla, Henryka Dobrzyckiego i Jana Oczapowskiego, i walnie przyczyniły się do wyeliminowania tej choroby.

Jednakże walka z kołtunem okazała się wyjątkowo żmudna i trudna, bowiem lekarze spotykali się z nim nawet w czasach PRLu. Zabobon okazał się wyjątkowo silny, zwłaszcza jeśli chodzi o obawy, że ścięcie zlepka włosów spowoduje postradanie zmysłów. W rzeczywistości, bliższe naszym czasom przypadki choroby kołtunowej wiązały się „jedynie" z ropniami na głowie i zakażeniem skóry.

Kołtun kojarzony z brudem, zabobonem i zacofaniem jest bez wątpienia nie najszczęśliwszy skojarzeniem związanym z Polską, w szczególności, że ta choroba mylnie utożsamiana jest z częstotliwością występowania, a nie wkładem w jej leczenie. Na pocieszenie można dodać, że Polska nie jest jedynym krajem, które zostało wyróżnione własną jednostką chorobową. Długo o zaznaczenie w nazwie kiły „rywalizowały” Francja i Włochy. Ostatecznie najbardziej przyjęło się określenie „choroba francuska”, u nas w skróconej wersji - franca. Ale niegdyś ją też próbowano przezwać „chorobą warszawską”. Na szczęście, to akurat się nie powiodło.

Artykuł powstał w oparciu o m.in. książkę Zdzisława Gajdy Historia medycyny dla każdego





Komentarze

Udostępnij ten artykuł
Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu

Skomentuj artykuł

Przedłuż subskrypcję, aby dodać komentarz.

Polecane artykuły
pokaż wszystkie artykuły
Reklama
Wszelkie prawa zastrzeżone. © 2017 Kurier Historyczny. Projekt i wykonanie:logo firmy MEETMEDIA