cookies

Używamy informacji zapisanych za pomocą cookies i podobnych technologii m.in. w celach reklamowych i statystycznych oraz w celu dostosowania naszych serwisów do indywidualnych potrzeb użytkowników. Mogą też stosować je współpracujące z nami podmioty. W przeglądarce można zmienić ustawienia dotyczące cookies. Korzystanie z naszego portalu bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia. Jeżeli nie zgadzasz się na używanie cookies możesz również opuścić naszą stronę. Więcej informacji w naszej polityce prywatności (https://kurierhistoryczny.pl/polityka-prywatnosci,7).

Jak ustawiano mecze w II RP

Łukasz Szymura, 25.10.2019

Mecz wspólnej reprezentacji druzy Skra Warszawa i Gwiazda Warszawa z Hapoelem Wiedeń, 1 sierpnia 1936 r.

W Polsce okresu międzywojennego pieniędzy brakowało na wszystko. Niedofinansowany był przemysł, transport, rolnictwo, a także obszar kultury i sztuki. Nic więc dziwnego, że również sport nie cierpiał na nadmiar gotówki. Wydawało się zatem, że dziedzina ta będzie uszlachetniała społeczeństwo i pozostanie wolna od korupcji. Nic bardziej mylnego.

Piłka nożna w Anglii, czyli w swojej kolebce, była sportem skierowanym do niższych klas społecznych. Stanowić miała tanią formę rozrywki dla robotników przemysłowych i zapobiegać chuligaństwu oraz deprawacji w biedniejszych dzielnicach dużych miast. Inaczej sprawa miała się na ziemiach polskich, gdzie początkowo sport ten był kojarzony z elitami. Za skórzaną piłką ganiała przede wszystkim inteligencja, która popołudniami dobrze skrojone garnitury zamieniała na krótkie szorty. Po odzyskaniu niepodległości krąg społeczny zainteresowanych uprawianiem, jak i kibicowaniem, zaczął się poszerzać. Trafnie przedstawił to na łamach Przeglądu Sportowego Henryk Martyna, jeden z najlepszych polskich obrońców lat trzydziestych:

Same cherlactwo -  małe, koślawe, niedożywione. Piłkarze rekrutują się dziś z samej prawie biedoty. Dawniejsi gracze Pogoni czy Cracovii to dziś sami doktorzy, inżynierowie, adwokaci. Wszyscy mieli dobre warunki domowe, nie potrzebowali walczyć – jak większość dzisiejszych piłkarzy – o chleb.

Więcej o piłce nożnej w II RP można znaleźć w książce
Niezwykły świat przedwojennego futbolu

Skoro więc coraz większa grupa piłkarzy swoje sportowe pasje musiała godzić z ciężką pracą w fabryce czy hucie, to nie może dziwić, że mogli być zainteresowani dodatkowym zarobkiem. Był z tym jednak problem; bo chociaż w innych państwach zawodowstwo kwitło na całego, to u nas do wybuchu II wojny światowej było ono systemowo zwalczane. Szczególną rolę odgrywali w tym dziennikarze, którzy solidarnie twierdzili, że pobieranie wynagrodzeń z tytułu grania w piłkę jest czymś nagannym albo wręcz niemoralnym. Jak słusznie podkreślił to Remigiusz Piotrowski w książce Niezwykły świat przedwojennego futbolu:

W Polsce, gdzie dominujące bezrobocie, hiperinflacja, niepokoje społeczne i drożyzna spędzają sen z powiek obywatelom i władzom, sam pomysł płacenia wydawał się absurdalny.

Prasa prowadziła więc polowanie na czarownice, co oficjalnie popierał PZPN. Jeżeli komuś skutecznie, choć nie zawsze słusznie, przyklejono łatkę zawodowca, równało się to ze sportowym wyrokiem śmierci. Pieniądz jest jednak takim silnym magnesem, że nie brakowało chętnych, którzy podejmowali ryzyko społecznej infamii. Trudno było jednak złapać kogoś na gorącym uczynku, bo pokwitowań za przyjęcie takiego wynagrodzenia nikt nie wystawiał. Ostatecznie kluby mogły się tłumaczyć udzieleniem piłkarzowi nieoprocentowanej pożyczki .

Zawodowstwo było grzechem ciężkim, ale nie wołającym o pomstę do nieba. Do tej kategorii zaliczano ustawianie meczów. Skala tego procederu były zdecydowanie mniejsza w latach 90., jednakże kilka jawnych przykładów odnotowano. Początkowo nie chodziło o kwestie finansowe, a raczej o zaszkodzenie lokalnemu rywalowi. Z czasem umowy kupna-sprzedaży przyjmowały coraz ciekawszą formę.

Mecz Dębu Katowice ze Śląskiem Świętochłowice, 25 października 1936 r.

Do jednej z największych afer doszło w 1936 roku na Śląsku. Działacze Dębu Katowice podjęli próbę skorumpowania Alfreda Mrozka, bramkarza Świętochłowic. Zaproponowano mu 300 zł, co w tamtym czasie musiało stanowić kuszącą propozycję. Bramkarz okazał się jednak w miarę uczciwy, a na pewno przebiegły. O propozycji Dębu powiedział zarządowi swojego klubu i wspólnie postanowił przechytrzyć przeciwnika. Mrozek formalnie ułożył się z przeciwnikiem, ale podczas meczu nie zamierzał nawet trochę odpuszczać. Ostatecznie jego wysiłki na niewiele się zdały, bo Katowice wygrały 2:0. Chociaż pewnie wyczuły, że bramkarz nie ułatwił im szczególnie zwycięstwa, to wywiązał się z umowy i wypłaciły należne pieniądze. Mrozek przekazał je działaczom Śląska Świętochłowice, a Ci poinformowali o sprawie związek. Finał całej historii opisuje Remigiusz Piotrowski:

Dostało się przy tym solidarnie wszystkim: Dębowi za korupcję, Śląskowi Świętochłowice - za zbyt późne poinformowanie piłkarskich władz o zaistniałej sytuacji, a nawet Mrozkowi – w toku śledztwa ustalono bowiem, że część otrzymanych pieniędzy ofiara knowań spożytkowała na własne potrzeby, a to podpadało pod paragraf o… zawodowstwie.

Nawet na przykładzie tej jednej historii widać, ze choć w piłce nożnej w latach międzywojennych poziom był niższy, pieniądze mniejsze, to działacze klubowi  nie ustępowali kreatywnością dzisiejszym.

Artykuł powstał w oparciu m.in. o książkę Remigiusza Piotrowskiego Niezwykły świat przedwojennego futbolu.





Komentarze

Udostępnij ten artykuł
Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu

Skomentuj artykuł

Przedłuż subskrypcję, aby dodać komentarz.

Polecane artykuły
pokaż wszystkie artykuły
Reklama
Wszelkie prawa zastrzeżone. © 2017 Kurier Historyczny. Projekt i wykonanie:logo firmy MEETMEDIA