cookies

Używamy informacji zapisanych za pomocą cookies i podobnych technologii m.in. w celach reklamowych i statystycznych oraz w celu dostosowania naszych serwisów do indywidualnych potrzeb użytkowników. Mogą też stosować je współpracujące z nami podmioty. W przeglądarce można zmienić ustawienia dotyczące cookies. Korzystanie z naszego portalu bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia. Jeżeli nie zgadzasz się na używanie cookies możesz również opuścić naszą stronę. Więcej informacji w naszej polityce prywatności.

Piątek, 19.08.2022

Jak to jest tak wszystko stracić, Panie Poniatowski?

Jakub Wojas, 03.05.2022

Król Stanisław August Poniatowski w Petersburgu - obraz Jana Czesława Moniuszki

Na powyższy obraz Jana Czesława Moniuszki natknąłem się przypadkowo, podczas poszukiwania ilustracji do któregoś z kurierowych tekstów. Pan Stanisław Antoni Poniatowski, czyli ex-król i ex-wielki książę litewski Stanisław August, siedzi sobie w Pałacu Marmurowym w Petersburgu, otoczony pamiątkami, które pozostały mu po czasach świetności. Ze smutkiem i żalem, ledwo powstrzymując wybuch płaczu, patrzy na obraz, przedstawiający jego ukochany Pałac na Wodzie w warszawskich Łazienkach. W oddali stary sługa spogląda z nie mniejszym żalem na swego pana. Nad nimi zaś góruje portret ukochanej, protektorki, a w końcu zguby byłego monarchy – carycy Katarzyny.

Korona zapisana w gwiazdach

Pan Poniatowski widać, że przebywa w dostatku, ale całe „zagracenie” pomieszczenia wskazuje, że nie jest u siebie. Jednocześnie były król opierający dla wygody nogi na poduszce, z rozżaleniem spoglądający na symboliczny dorobek swojego życia jest groteskowy – wiemy, że nic mu nie brakuje i swój smutek pewnie pociesza comiesięczną gażą otrzymywaną od łaskawców, u których gości, ale właśnie przez to objawia się rozmiar klęski moralnej, życiowej i politycznej tego człowieka. Przyznam, że obraz ten porusza mnie za każdym razem, kiedy na niego patrzę. Drogę jaką przebył Stanisław Antoni Poniatowski – od zera do bohatera i z powrotem – przebyło w polskich dziejach wielu, lecz chyba tylko w tym przypadku los jednego człowieka tak nieszczęśnie zespoił się z losem państwa, którym władał.

Gdy 17 stycznia 1732 roku rodził się w pałacu Wołczynie jako syn kasztelana krakowskiego Stanisława Poniatowskiego herbu Ciołek i Konstancji z Czartoryskich nadworny astrolog przepowiedział, że Stanisław Antoni będzie w przyszłości królem. Ci, którzy to słyszeli, to w najlepszym razie wzruszali ramionami. Poniatowski królem? Brzmiało to jak żart. Ojciec przyszłego monarchy był wprawdzie znaczącą figurą, ale wśród polskich i litewskich elit uchodził za parweniusza. Swoją fortunę zawdzięczał protekcji najpierw Sapiehów, potem Czartoryskich oraz własnym zdolnościom i umiejętnemu wykorzystaniu zamieszania związanego z wojną północną. Samo nazwisko Poniatowski w Rzeczpospolitej niewiele jeszcze znaczyło. Co innego Czartoryski, ale słynna „Familia” nie chciał dać korony ubogiemu kuzynowi. Wujowie zdawali sobie sprawę, że małemu Stasiowi trzeba ustawić porządną karierę, no ale nie aż taką.

Tyle chłodna analiza. Poza nią są jeszcze miłość i emocje. Dlatego nikt tak nie wierzył w przepowiednie astrologa jak matka przyszłego króla. Matki mają to do siebie, że czasami bezkrytycznie kochają swoich synów i choćby byli oni zwykłymi przeciętniakami, to chcą w nich widzieć jednostki wybitne. Nie inaczej było i tym razem. Konstancja starała się wbrew wszystkim przygotować syna do sprawowania królewskiej godności. Głównie za sprawą jej wysiłków Staś odbył podróże po Europie i wprawiał się u wujów do pełnienia politycznych zdań. To drugie średnio mu odpowiadało. Nauki jakie pobierał u kanclerza Michała Czartoryskiego uważał za nic nie warte. Lepiej z kolei Stanisław spożytkował swoje wojaże. Ku zmartwieniu ojca niewiele go wprawdzie interesowały sprawy wojskowe, lubował się natomiast w kulturze, sztuce i szeroko pojętym życiu towarzyskim. Zawarł dzięki temu ciekawe znajomości. W Berlinie np. poznała Charlesa Hanbury Williamsa – brytyjskiego dyplomatę. To wraz z nim w 1755 roku Poniatowski wyruszył do Petersburga. Williams miał tam objąć placówkę, a Stanisław był oficjalnie jego sekretarzem. Panów łączyła przyjaźni, choć nie brakowało opinii, że jest to nawet coś więcej niż przyjaźń.

Stanisław August Poniatowski na obrazie Marcello Bacciarellego.

Williams uchodził za wesołka o niezrównoważonym charakterze, który uwielbia intrygii. To on przedstawił Poniatowskiego wielkiej księżnej Katarzynie – małżonce następcy tronu, księcia holsztyńskiego Piotra. Dyplomata doskonale zdawał sobie sprawę z porządków panujący na petersburskim dworze, a raczej dworach, gdyż te dzielono. Stary dwór – stanowiło otoczenie carycy Elżbiety, natomiast nowy należał do przyszłego cara. Piotr ostentacyjnie lekceważył swoją małżonkę. Wolał alkohol i oglądanie wojskowej musztry od niemieckiej księżniczki o nad wyraz rozbudzonym libido. Ta z kolei wobec oschłości męża wykorzystywała każdą sposobność do romansu. Młody Poniatowski miał być jej kolejną zdobyczą.

Williams liczący na sojusz brytyjsko-rosyjski był rad z takiego obrotu spraw. Sam urządzał schadzki dla kochanków. Obawiał się jednak, że gra jest zbyt ryzykowna dla jego sekretarza. Poradził Stanisławowi by wystarał się o immunitet dyplomatyczny. Poniatowski musiał zatem wrócić do Polski, a po kilku miesiącach ponownie przybyć do Petersburga już jako poseł saski.

Dla przyszłego króla była to być może pierwsza prawdziwa miłość. Dla Katarzyny jedna z wielu miłostek. Niemniej owocem związku była rzekomo Anna Piotrowna. Oficjalnie ojcostwo uznał Piotr, ale mało kto w to wierzył. Finał tego romansu w każdym razie był dramatyczny. Małżonek Katarzyny nakrył ją z Poniatowskim w alkowie. Przyszły car wpadł w gniew, ale chyba bardziej udawany niż w rzeczywisty. Wyciągnął swoją żonę z łoża i oddał demonstracyjnie kochankowi. W ten sposób poseł saski oficjalnie dostał błogosławieństwo na romans z wielką księżną, ale atmosfera na dworze stała się tak gęsta, że Poniatowski postanowił dłużej nie ryzykować i w 1758 roku powrócił do ojczyzny.

Wtedy jeszcze przyszły monarcha nie zdawał sobie sprawy jak ten romans zaważy na jego życiu. W Rzeczpospolitej nic bowiem nie zapowiadało jakiegoś niezwykłego zwrotu, nie mówiąc już o ziszczeniu się przepowiedni. Stanisław dzierżył urząd stolnika wielkiego litewskiego i starosty przemyskiego. Szału nie było, ale w Przemyślu mógł sobie przynajmniej przebudować zamek i założyć modny ogród. Posłował też kilka razy na sejm. I zapowiadało się, że tak już będzie do końca – przyzwoita kariera syna wielkiego ojca i krewnego wpływowych dygnitarzy.

Astrachańskie arbuzy a sprawa polska  

W 1763 roku Stanisław Antoni Poniatowski skończył 31 lat i wszedł okres życia, który zdaniem naukowców jest najbardziej produktywnym. To właśnie w dekadzie rozpoczynjącej się mniej więcej w tym momencie większość laureatów Nagrody Nobla dokonywało swoich dzieł życia. To wtedy zdobyte w młodości doświadczenia i wiedza połączona z ciągłą świeżością umysłu i chęcią zmieniania świata powinna zaprocentować największymi życiowymi osiągnięciami.

I właśnie wtedy Poniatowskiemu historia dała możliwości do zaistnienia. Nastąpił bowiem niezwykły zbieg okoliczności. Jego dawna kochanka po wyeliminowaniu w rosyjskim stylu swego niezrównoważonego małżonka została władczynią Rosji. W dodatku Saksonia przegrała wojnę siedmioletnia, a na domiar złego dla niej król August III w malowniczy sposób podczas uroczystości rocznicy swojej koronacji pożegnał się z tym światem. Na tronie polskim pojawił się wakat, którego zrujnowana przez Prusaków Saksonia nie była w stanie kolejny raz wypełnić. Jej miejsce chciały zająć Prusy, lecz musiały liczyć się z Rosją, której wpływy w Rzeczpospolitej mogły być od teraz niczym nieograniczone.

Katarzyna Wielka napisała zatem do Fryderyka Wielkiego list z pewną propozycją kandydata do korony polskiej:

Proponuję Waszej Wysokości takiego z Piastów, który będzie bardziej niż inni nam zobowiązany za to, co dla niego uczynimy, stolnika litewskiego Stanisława Poniatowskiego. Ze wszystkich pretendentów do korony on ma najmniejsze możliwości jej otrzymania, tak więc będzie miał w stosunku do tych, z rąk których ją otrzyma.

Caryca posłała również pruskiemu królowi podarunek w postaci astrachańskich arbuzów. Prezent ten, jak i propozycja monarchini musiała Hohenzollernowi przypaść do gustu, ponieważ w odpowiedzi napisał:

Wielka odległość rozdziela arbuzy astrachańskie i polski sejm elekcyjny, ale Pani potrafi połączyć wszystko. Ta sama ręka, która ofiarowuje arbuzy, rozdaje korony i strzeże pokoju w Europie.

Stanisław August Poniatowski w stroju koronacyjnym.
Obraz Marcello Bacciarellego.

Pomysł ten nie do końca wprawdzie podobał tym, którzy formalnie mieli zapewnić zwycięstwo na elekcyjnym polu. Porosyjska Familia miała swojego, przygotowanego od dawna kandydata do tronu. Był nim Adam Kazimierz Czartoryski. Determinacja Katarzyny i siła perswazji jej bagnetów oraz pieniędzy okazały się jednak silniejsze. I tak blisko 6 tysięcy klientów Familii, nie spotykając się ze sprzeciwem, wybrało 6 września 1764 roku Stanisława Antoniego Poniatowskiego na króla Polski i wielkiego księcia litewskiego.

Uczynienie stolnika litewskiego władcą wielu nie przypadało do gustu, lecz obecność wojsk rosyjskich w Rzeczpospolitej skutecznie tłumiła wyrazy niechęci. Panowanie rozpoczęło się niefortunnie. Za co najmniej nietakt uznano koronację w Warszawie, a nie w Krakowie. Skandalem natomiast było wystąpienie monarchy w szesnastowiecznym stroju hiszpańskim, a nie polskim. Lepiej już odczytano przyjęcie imion Stanisław August, co stanowiło nawiązanie do Zygmunta Augusta, którego krewniakiem po matce był Poniatowski. Widziano w tym geście także ukłon w stronę zarówno zwolenników Lasa, czyli Stanisława Leszczyńskiego, jak i stronników Sasów – królów Augustów z dynastii Wettinów.

W zamierzeniach Katarzyny, polski monarcha miał być od teraz powolnym instrumentem polityki rosyjskiej, kontrolowanym przez carskiego ambasadora. Nikołaj Repnin, któremu powierzono tę funkcję, wyjątkowym chamstwem i pogardą próbował pokazywać, kto w Rzeczpospolitej jest najważniejszy i bynajmniej nie był to król. Ambasador zajmował zawsze miejsca tuż obok monarchy nie czyniąc mu przy tym specjalnych honorów. Podczas uroczystości swój kapelusz ściągał jedynie w momencie, gdy wypowiadano imię carycy. Jak tylko to wyrażał swoją odrazę do Polaków, mówiąc o ich tchórzostwie i zwracając się do każdego per „ty”. Takie maniery nie przeszkadzały mu jednak korzystać z uprzejmości arystokratek, które z wyjątkową uległością darowywały mu swoje wdzięki, nierzadko za wiedzą i aprobatą swoich mężów, liczących, że ambasador zapewni im nowe godności i przywileje.

Pomimo tego Stanisław August próbował jeszcze wtedy iść na bakier rosyjskiej polityce. Był on produktem swoich czasów, nieodrodnym synem Oświecenia i potrzeby reform, o których mówiono od dziesięcioleci. Poniatowski chciał je przeprowadzić i był do tego zdeterminowany jak nikt inny przed nim. Nuncjusz Visconti tak to go podsumował:

Gdyby mógł, zreformowałby w jednym dniu cały kraj, cały naród, by go podnieść na poziom innych narodów o większej kulturze.

Lata 1764-1766 król sam określił latami nadziei. Monarcha reformował szkolnictwo, tworzył zręby nowoczesnej administracji na czele ze służbą dyplomatyczną, dążył do ograniczenia liberum veto. Choć realizował program Czartoryskich, to jednak w swoich działaniach i postulatach był radykalniejszy. Chciał np. znieść odrębność państwową Wielkiego Księstwa Litewskiego, na co wujowie nie mogli się zgodzić. Oni sami patrzyli coraz mniej przychylnym okiem na poczynania krewniaka. Raził ich dwór pełen cudzoziemców, rozdawane urzędy protegowanym i bliskość w relacjach z Petersburgiem. W odwróceniu się Familii od programu królewskiego Stanisław August dostrzegał później przyczynę niechęci Rosji do jego programu. Jednak i bez tego urzędnicy carscy wiedzieli, że ich protegowany za dużo sobie pozwala. Poniatowski wiedział, że naciąga strunę, ale sądził, że ona nie pęknie. Pękła.

Caryca zaczęła grać na podział w Rzeczpospolitej wysuwając kwestie praw dysydentów. Jednocześnie szlachta wyrażała coraz większą dezaprobatę wobec panoszenia się Rosjan w Polsce i na Litwie. Wobec jawnego pogwałcenia suwerenności, a także przeciw postrzeganej jako prorosyjska polityce króla zawiązała się w 1768 roku w Barze na Podolu konfederacja. Wojna domowa, jaka się wtedy rozpoczęła była klęską polityki carycy, która zgodnie z przykazaniami Piotra I chciała bezkrwawego podporządkowania sobie Rzeczpospolitej. Klęska rosyjska była, o paradoksie, klęską również polsko-litewską. Katarzyna zdała sobie sprawę, że trzeba zastosować inne metody i by dać upust ambicji sąsiednim mocarstwom. Zgodziła się zatem na pierwszy podział ziem Polski i Litwy. Być może caryca żałowała, że obsadziła swego dawnego kochanka w roli króla Polski. Inaczej wyobrażała sobie tę relację. Bardziej do roli króla nadawała się kanalia pokroju Adama Ponińskiego, a nie ambitny, wierzący w przepowiednie stolnik wielki litewski. Ale cóż, teraz trzeba było ciągnąć tę fasę dalej. W najgorszym razie Rosja nie będzie utrzymywać wasala, a poszerzy terytorium.

Nasza mała stabilizacja

Władca próbował jeszcze ratować sytuację, odwołując się do społeczności międzynarodowej. Pisał apele, mówił o dokonywanym gwałcie, ale i on ustąpił w zamian za przyrzeczenie możliwości kontynuacji dalszych reform. I rozbiór dużo nauczył Stanisława Augusta. Był to moment przełamania, który Joseph Conrad określił później mianem „smugi cienia”. Doświadczenie polityczne króla, czemu nie można się dziwić, było niewielkie. Entuzjazm wziął górę nad chłodną analizę i skończyło się zagarnięciem przez zaborców ziem jego królestwa i to pomimo że ostrzegano go, żeby nie szarżował.

Stanisław August Poniatowski z klepsydrą.
Obraz Marcello Bacciarellego.

Katastrofa I rozbioru zmusiła króla do działania ręka w rękę z Rosją. Nowym zwierzchnikiem Poniatowskiego został ambasador Otto von Stackelberg. Człowiek zupełnie innego pokroju niż Repnin. Przede wszystkim miły i kulturalny, lecz monarchę lubił upokarzać: gwizdał w jego obecności, często ostentacyjnie odwracał się do niego plecami. Stanisław August znosił to cierpliwie i porównywał się wówczas do władców Egiptu czy Syrii, którzy musieli słuchać rzymskich prokonsulów.

Tymczasem Rzeczpospolita łapała coraz większy oddech. Trwały reformy administracyjne, rozwijała się gospodarka, kultura, sztuka, nastąpił wzrost liczby ludności. Polska i Litwa zyskiwała rys charakterystyczny dla zachodnioeuropejskiego Oświecenia. To w okresie 1773-1788 powstały Komisja Edukacji Narodowej, Rada Nieustająca, o której co by nie mówić była rządem z prawdziwego zdarzenia, przeprowadzono wtedy reformę armii, a także monetarną, zreformowano starostwa, powstał też Teatr Wielki i Kompania Czarnomorska. Do tego należy dodać rozwój intelektualny pod znakiem obiadów czwartkowych.

Z drugiej strony król lekką ręką opłacał swoich stronników, na co szło aż 2/3 jego budżetu. Były to pieniądze wydane w błoto, gdyż postacie pokroju Ponińskiego, Rzewuskiego czy Kossakowskiego były lojalne wobec tego, kto dawał więcej, a nikt nie był w stanie przebić carycy. Władca sam też pobierał pensję z ambasady, co skwapliwie pomijał w swoich wspomnieniach. Pieniądze wydawał na zbytki – aby żyć po królewsku. Jego mecenat nie był tak hojny jak wynagrodzenie dla kucharza za porządne danie. Choć Stanisław August zobowiązał się do poślubienia „katolickiej księżniczki”, to wolał nieformalny związek z Elżbietą Grabowską, którą rzekomo poślubił, ale z tym się za bardzo nie ujawniał.

Było to wszystko pierwszymi zwiastunami katastrofy. Król bowiem bardzo się zadłużał, za bardzo. Nie miał też oficjalnego potomka, co automatycznie powodowało, że nie było pewnego kandydata do tronu. Nieobyczajne życie i zachwyt cudzoziemszczyzną psuły mu opinię wśród konserwatywnej szlachty. Plotkowano, że jego ojciec był nieślubnym synem hetmana Sapiehy i pewnej Żydówki. Planem władcy miało być rzekomo zniszczenie katolicyzmu. Na razie jednak jeszcze wszystko szło w dobrym kierunku i to pomimo głębokiego podziału na polsko-litewskiej scenie politycznej. Osią polityki dworu było trzymanie się Rosji, która chce tu wpływów, więc nie pozwoli na powtórny podział ziem Rzeczpospolitej. Jednocześnie liczył, że Polska i Litwa z wasala może przy umiejętnej polityce wskoczyć do rangi rosyjskiego junior partnera. Dlatego gdy w 1787 roku wybuchła wojna rosyjska-turecka liczył na zawiązanie sojuszu z Petersburgiem i zgodę na powiększenie armii. W tym celu postanowił się spotkać z ze swoją dawną kochanką.

Spotkanie, po którym polski monarcha wiele sobie obiecywał odbyło się w Kaniowie 6 maja 1787 roku. Król przybył tam wcześniej. Stanisław postanowił popisać się przed dawną miłością i wydał na to horrendalne kwoty. Rozmowy odbyły się na pływającej po Dnieprze galerze. Caryca zmierzała na negocjacje z cesarzem Józefem II i za bardzo nie miała czasu dla Poniatowskiego. Tego dnia widzieli się pierwszy raz od prawie 30 lat. Już niemłodzi, nie jako kochankowie. Jego może coś jeszcze ukuło w sercu, gdy ją zobaczył. Ona natomiast nie miała sentymentów. Polski władca zdołał jedynie przekazać memoriał z postulatem utworzenia 20-tysięcznego korpusu posiłkowego, sfinansowanego z rosyjskich subsydiów. Liczył też na nabytki terytorialne po ewentualnym zwycięstwie. Katarzyna nic mu na to nie odpowiedziała. Cały zjazd kaniowski skwitowano dosadnym powiedzeniem:

Wydał trzy miliony, czekał trzy miesiące, by widzieć ją przez trzy godziny.

Vivat król!

Po zjeździe kaniowskim nastąpiły długie negocjacje, co do zawarcia ewentualnego przymierza polsko-rosyjskiego. Caryca nie chciała za bardzo wzmacniać Polski, ale wobec rysującej się wojny na dwóch frontach – ze Szwecją i Turcją - była skłonna do ustępstw, tym bardziej że sam Stackelberg to postulował. Lecz kłopoty protektorki powodowały u szlachty wzrost sympatii dla jej wrogów. Król musiał zatem rozbudzić na nowo dawno zapomniane nastroje antytureckie. W swojej polityce historycznej często przywoływał postać króla Jana III, kreując się wręcz na jego godnego następcę. W związku z obchodami 105. rocznicy odsieczy wiedeńskiej postawił pomnik Sobieskiego w Łazienkach. Złośliwcy nie przepuścili przy tym sposobności, by dokopać obecnie panującemu:

Sto tysięcy na pomnik! Ja bym dwakroć łożył.

Gdyby Staś skamieniał, a Jan Trzeci ożył!

Takie rymowanki, podobnie jak kpienie z drobnoszlacheckich przodków mocno musiało boleć ambitnego monarchę. Zbliżał się jednak okres, kiedy wszystko to miało się skończyć. 7 października, drugiego dnia zwołanego w 1788 roku sejmu podjęto decyzję o jego skonfederowaniu – od teraz decyzje miały zapadać większością głosów. Już na samym początku obrad podjęto uchwałę o zwiększeniu liczby żołnierzy do 100 tysięcy. Reakcja Rosji na to była żadna. To dało posłom złudne poczucie niezależności - Polska i Litwa znów mogą stanowić o sobie, a pogrążona w wojnach Rosja nie może już nic z tym zrobić.

W kraju zapanowała sejmowa gorączka, podgrzewana przez antyrosyjskie i propruskie nastroje, bowiem to w Berlinie widziano sojusznika, z którym będzie można zadać Rosji cios. W tę iluzję uwierzył również monarcha. Z jego stronnictwa odłączyli się wierni zausznicy carycy, przyszli przywódcy Targowicy –Franciszek Ksawery Branicki i Seweryn Rzewuski. Dwór natomiast zbliżył się do reformatorów. Kulminacją tej współpracy była oczywiście Konstytucja 3 maja, napisana w znacznym stopniu przez króla.

Uchwalenie Konstytucji 3 maja na obrazie Jana Matejki

Stanisław August wzorujący się na rozwiązaniach angielskich wprowadzał model panującego, ale nierządzącego władcy - nieodpowiedzialnego politycznie, ale przewodzącemu organowi władzy wykonawczej. Ciekawym było rozwiązanie sukcesji tronu. Oficjalnie miał być on dziedziczny w ramach dynastii Wettinów. Tyle tylko, że elektor saski miał wtedy jedynie córkę. Zatem przewidziano dla niej rolę infantki, która weźmie ślub ze wskazanym kandydatem i w ten sposób da początek nowej dynastii. Król pragnął, aby w ten sposób jego następcą został jego ukochany bratanek – książę Józef Poniatowski. Trzeba przyznać, że pomysł nie był głupi, a i kandydat do korony całkiem niezły.

Uchwalenie majowej Ustawy Zasadniczej wyciągnęło władcę na szczyty popularności. Na ulicach krzyczano: „Naród z królem, królem z Narodem”. Po tych latach upokorzeń, docinków i niezrozumienia Stanisław musiał być naprawdę szczęśliwy. Niestety, nic nie może przecież wiecznie trwać. Brak zainteresowania ze strony Petersburga wynikłał tylko i wyłącznie z tego, że były ważniejsze sprawy na głowie. Gdy już sobie poradzono z wrogami można było ruszyć na Warszawę.

Wojna z 1792 roku obnażyła z razu wszystkie słabości związku państwowego Polski i Litwy – przekupstwo magnatów, zdradę, niewydolność dowódców i żołnierzy. Ale początkowe porażki, w szczególności na Litwie, rekompensowano sprawnym dowodzeniem na Ukrainie. Armia się cofała, ale Rosjanie też mieli kłopoty. Obrona mogła osadzić się na linii Wisły. Niestety, król postanowił się poddać. Nie był jedyny. Praktycznie cały obóz reformatorów na wieść o zbliżającej się armii wroga, dążył do zawarcia kompromisu z carycą. Zgodzono się na akces do Targowicy, proponowano koronę, naiwnie sądząc że jest ona coś warta, wnukowi Katarzyny - wielkiemu księciu Konstantemu. Tymczasem Józef Poniatowski i Tadeusz Kościuszko nie mogli uwierzyć w kapitulacje władcy. Planowali nawet jego porwanie i zmuszenie do kontynuowania walki. Nie wiem, czy to co byś pomogło Rzeczpospolitej. Z pewnością jednak pomogło by monarsze.

Żadnego kompromisu caryca nie chciała. Polska i Litwa były tym bólem głowy, którego za wszelką cenę chciano się pozbyć. Za ponowną namową Prus doszło do kolejnego rozbioru. Realpolitik króla zawiodła na całej linii. Przeliczył się również obóz targowiczan, liczący na władzę w szczątkowym państwie. Byli oni jedynie instrumentem, który musiano stale kontrolować, bo przecież Polacy i Litwini lubią się zrywać z łańcucha.

Przegrana, klęska, katastrofa

To co się działo po II rozbiorze jest osobistą tragedią króla i całego rządzonego przez niego państwa. Decyzja z 1792 roku powodowała, że do zera spadała jego popularność. Po dawnych wiwatach na jego cześć nie było już śladu. Z kolei Targowica, sama pogardzana, pogardzała nim. Władcy nie pozostało nic innego jak zadbanie o dobry PR i w miarę możliwości ratowanie tego co się da. W Gdańsku nakazał potajemnie wydrukować apologetyczną broszurę na swoją cześć „Zdanie o królu polskim”. Próbował też apelować do społeczności międzynarodowej o interwencję w sprawach Rzeczpospolitej, oczywiście bez rezultatu. Jednocześnie pisał do Katarzyny listy z prośbami o zachowanie granic, przy okazji wspominając, że może zrzec się korony, jeżeli caryca spłaciłaby jego długi. Zadłużenie monarchy rosło w zastraszającym tempie. Imperatorowa go jednak uspokajał, że może liczyć na osobistą pomyślność, jeśli będzie działać zgodnie z jej wolą.

Kiedy król leczył się z bolesnego kaca po przegranej wojnie, to społeczeństwo nadal zdawało się być pijane. Z nadzieją patrzono na rewolucyjną Francję, która walczyła z Prusami i Austrią. Monarchę z kolei to bardziej martwiło, niż dodawało otuchy. Nie wierzył w pomoc Francuzów, a gdyby zaborcy przegrali na zachodzie, to mogliby szukać rekompensaty u nas. Dlatego wybuch powstania kościuszkowskiego Stanisław August przyjął septycznie. Kościuszkę nazywał „rebeliantem”. Twierdził, że należy „trzymać z Rosjanami” i prosił Katarzynę, by „błędy kilku jednostek nie skłoniły jej do ostatecznego umniejszenia obszaru Polski”. Swoje zdanie diametralnie zmienił, gdy insurekcja dotarła do Warszawy. Demonstracyjnie wręcz zgłosił swój akces do powstania, domagał się wycofania wojsk rosyjskich z miasta i przekazywał pieniądze na dalszą walkę. Wielu widziało w tym oportunizm i obawę ziszczenia się scenariusza francuskiego. Król Polski na pewno nie chciał poświęcać swojej głowy, a mógł się tego obawiać, gdyż wieszanie portretów zdrajców na warszawskich ulicach zdawało się być zapowiedzią krwawej rozprawy. Sam monarcha z pewnością nosił w sobie traumę po tym jak w czasie konfederacji barskiej był ofiarą zamachu. Tym razem też krążyły pogłoski, że jakobini polscy chcą dokonać puczu i zgładzić władcę.

Stanisław August nigdy nie wierzył w sukces insurekcji. Zawsze chłodno odnosił się do wieści o jej sukcesach. Gdy już klęska się ziściła, powrócił do wysyłania próśb do imperatorowej o zachowanie Rzeczpospolitej. Odrzucił jednak propozycję wysłania wiernopoddańczej delegacji do Petersburga i odznaczenia rosyjskich generałów tłumiących powstanie. Na początku 1795 roku pod eskortą rosyjską przewieziono go do Grodna. Formalnie był jeńcem, ale starano się wobec niego zachować zasady królewskiej etykiety. Tam doczekał III rozbioru, a 25 listopada, w rocznicę swojej koronacji, abdykował. Stało się to na żądanie carycy, za obietnicę wyjazdu do uzdrowisk i przeprowadzki na stałe do Rzymu, co bardzo ucieszyło ex-króla, choć wskutek tamtejszej wojny ostatecznie nie dane mu było odbyć tej podróży. Najważniejsza był jednak spłata długów – 33 milionów złotych. Za tę kwotę można było wystawić 120-tysięczną armię – dokładnie taką samą, której nie tak dawno brakowało Rzeczpospolitej. Dwa lata później trzy zaborcze dwory zobowiązały płacić mu 200 tysięcy dukatów rocznie. Działo się to już po śmierci Katarzyny. Jej syn Paweł, mający zdecydowanie życzliwszy stosunek do Polaków, zaprosił wtedy ex-monarchę do Petersburga. Stanisław Poniatowski uroczyście witany, zamieszkał w Pałacu Marmurowym.

Król Stanisław August opuszczający Warszawę. Obraz Jana Czesława Moniuszki

W ostatnich latach życia Poniatowski starał się zadbać o pozostawienie po sobie dobrej pamięci. W listach do ukochanego bratanka sceptycznie odnosił się do legionów Dąbrowskiego czy dalszej walki zbrojnej jako przejawu niepotrzebnego marnowania krwi „polskiej młodzieży”. Dręczyło go, że ciągle nie wszystkie zobowiązania (m.in. wobec swoich sług) ma uregulowane. Marzył o Rzymie i planował gdzieś wyjazd do wód. Rzekomo coś przebąkiwał też o powrocie do ojczyzny. Jednak 12 lutego 1798 roku po wypiciu porannego bulionu nagle zasłabł. Po ocknięciu się poprosił o sprowadzenie księdza. Zmarł w męczarniach jeszcze tego samego dnia około godziny 23. Lekarz stwierdził wylew krwi do mózgu, choć plotkowano, jak to zwykle bywa, że było to otrucie.

Ostatni król Polski, ostatni wielki książę litewski

Paweł I zapewnił kochankowi swojej matki pogrzeb godny monarchy. Ostatniego króla Polski i wielkiego księcia litewskiego pochowano w mundurze gwardii królewskiej z koroną ufundowaną przez cara. Spoczął w katolickim kościele św. Katarzyny przy Newskim Prospekcie. W dwudziestoleciu międzywojennym przeniesiono go do kościoła w Wołczynie, a w 1995 roku jego szczątki złożono w Archikatedrze św. Jana w Warszawie.

Dziś łatwo się feruje wobec niego wyroki i to przede wszystkim te najsurowsze. Tymczasem Stanisław August Poniatowski posiadał więcej zmysłu politycznego niż zdecydowana większość ówczesnych elit. Błędy popełniał, bo trudno w tak ekstremalnych warunkach ich nie popełniać, ale potrafił się poprawiać. Ale mimo to przegrał i to tak sromotnie jak niewielu przed nim i niewielu po nim. Ból po tej klęsce musiał być tym większy, że Poniatowski jako człowiek inteligentny wiedział, co zrobił źle i czego mógł nie czynić. Błąd działania wbrew rosyjskiej polityce poprawił po I rozbiorze. Po tym okresie doprowadził swoje państwo do niemałego rozkwitu. Dał się jednak uwieść chwili. Konstytucja 3 maja ponowie przerwała strunę rosyjskiej cierpliwości. Być może to była cena, którą trzeba było zapłacić. Król przecież stał się bożyszczem tłumów. Jego ego było usatysfakcjonowane. I znów paradoks tej historii! Kiedy latem 1792 roku wojska rosyjskie zbliżały się do Warszawy naiwnie sądząc, że dogada się z carycą postanowił skapitulować. Myślał, że w ten sposób ratuje ojczyznę. Lepiej by było, gdyby pomyślał jednak wtedy o zbudowaniu własnej legendy i z determinacją bronił miasta. Nie musiał zginąć. Jako więzień, uchodźca polityczny mógł być sumieniem Europy, przypominającym o bezprawnie rozczłonkowanej Rzeczpospolitej.

Kolejny raz zabrakło konsekwencji i zdecydowania. Bo głównie o konsekwencje i zdecydowanie tu chodziło. Gdyby bowiem konsekwentnie i zdecydowanie trzymał się polityki prorosyjskiej, to prawdopodobnie zachowałby swoje królestwo i przy okazji by je wzmocnił. Gdyby uparcie broniłby dzieła swego życia – Konstytucji 3 maja – stałby się bohaterem równym Kościuszce. Gdyby nie abdykował, byłby żywym symbolem ciągłości Polski i Litwy. Tymczasem był chwiejny. Rzeczywistość go przerastała. Nie mógł jej zmienić (co nie jest zarzutem), ale nie potrafił się też do niej dostosować z korzyścią dla państwa, którym władał. Nie przeczę, że Stanisław August się nie starał. Nie przeczę, że nie miał swoich osiągnięć, ale zabrakło kropki nad i, która zapewniłaby po nim przynajmniej tą dobrą pamięć, o którą tak zabiegał.

Niestety, koniec wieńczy dzieło, a mężczyznę poznajemy nie po tym jak zaczyna, ale jak kończy. A Stanisław Antoni Poniatowski, choć dostał od życia tak wiele, skończył z niczym. Gdy siedział i płakał w Petersburgu spoglądając na obraz Łazienek nie miał już swojego państwa, podzielonego przez trzech sąsiadów. Nie miał też swojej korony, której się zrzekł. Nie miał też swoich pieniędzy, gdyż żył na łasce zaborców. Nie miał w końcu swojej legendy, symbolicznego aktu sprzeciwu wobec tego stanu rzeczy, który zapewniłaby mu szacunek poddanych i ich potomnych. Nie miał nic, kompletnie nic, prócz pamiątek i drobiazgów, które przypominały mu o lepszych czasach. Jeżeli u schyłku życia były dni, kiedy ostatni król Polski zdawał sobie sprawę z rozmiarów swojej klęski, to z pewnością doznawał wtedy czegoś w rodzaju piekła za życia.





Udostępnij ten artykuł

,

Polecane artykuły
pokaż wszystkie artykuły
Reklama
Wszelkie prawa zastrzeżone. © 2017 Kurier Historyczny. Projekt i wykonanie:logo firmy MEETMEDIA