cookies

Używamy informacji zapisanych za pomocą cookies i podobnych technologii m.in. w celach reklamowych i statystycznych oraz w celu dostosowania naszych serwisów do indywidualnych potrzeb użytkowników. Mogą też stosować je współpracujące z nami podmioty. W przeglądarce można zmienić ustawienia dotyczące cookies. Korzystanie z naszego portalu bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia. Jeżeli nie zgadzasz się na używanie cookies możesz również opuścić naszą stronę. Więcej informacji w naszej polityce prywatności (https://kurierhistoryczny.pl/polityka-prywatnosci,7).

Geopolityczny błąd Sobieskiego, czyli niepotrzebna odsiecz wiedeńska

Jakub Wojas, 12.09.2018

Jan III Sobieski wysyła wiadomość o zwycięstwie papieżowi Innocentemu XI na obrazie Jana Matejki

Bitwa pod Wiedniem, chociaż zwycięska, budzi niemałe kontrowersje. Co prawda nasze wojska pod wodzą Jana III obroniły austriacką stolicę i walnie przyczyniły się do załamania tureckiej potęgi, ale trudno dostrzec jakieś wymierne korzyści dla nas z tego wynikające. Co więcej, dzięki odsieczy Sobieskiego wzmocnili się przyszli zaborcy Rzeczpospolitej. Może zatem nie było warto?

Na Wiedeń zamiast na Królewiec

Patrząc na nasze dzieje w dłuższej perspektywie łatwo można odnieść wrażenie, że wyszliśmy na wyprawie wiedeńskiej jak Zabłocki na mydle. Austria niecałe sto lat po bitwie rozbierała z radością terytorium swego wybawcy. Nawet car Mikołaj I, który pośpieszył Habsburgom z pomocą podczas Wiosny Ludów, a potem został przez nich „wystawiony” w czasie wojny krymskiej, miał z niekłamaną szczerością przyznać wskazując na Sobieskiego:

Oto pierwszy głupiec, który pomagał Austrii. Ja jestem drugim.

No, ale może rzeczywiście Jan III nie miał wyjścia i musiał ruszyć pod Wiedeń? Tak twierdzi niemała grupa zwolenników ówczesnej polityki króla. Sojusz polsko-austriacki był przede wszystkim konsekwencją wypalenia na linii Warszawa-Paryż. Sobieski początkową liczył, że uda się z pomocą Szwecji i Francji pokonać Brandenburgię i anektować do Polski Prusy. Z różnych przyczyny plan ten spalił na panewce. Szlachta natomiast bardziej niż na zdobycze na północy liczyła na odzyskanie zabranych przez Turków południowo-wschodnich ziem Rzeczpospolitej. Z kolei zawarty wiosną 1683 roku alians z Austrią dawał wydawało się sporo korzyści. Przede wszystkim państwo polsko-litewskie wprawdzie kończyło współpracę z potężnym Paryżem, ale rozpoczynało z równie potężnym Wiedniem. Wojna austriacko-turecka była pretekstem dla wznowienia działań wojennych przeciw Osmanom i odzyskania zagrabionych przed nich terenów. Ponadto zwyciężenie ich z dala od polskich granic i to nie walcząc w osamotnieniu oddalało zagrożenie kolejnej inwazji na nasze terytorium. Zaś z punktu widzenia samego króla wiktoria stanowiła dla niego szansę na umocnienie swojej pozycji w polityce krajowej.

Wnioski z mapy

Są to oczywiście ważkie argumenty, ale diabeł jak zwykle tkwi w szczegółach. Rzeczywiście wojna z Turkami była w tym momencie opłacalna, jeśli nie nieunikniona. Szlachty nie interesowało powiększanie bałtyckiego wybrzeża, lecz bogatych majątków na Ukrainie. Skoro tak, to już lepiej zawrzeć sojusz z kimś, kto aktualnie bije się z Imperium Osmańskim i powalczyć razem z nim o swoje. Ale spójrzmy na mapę.

Rzeczpospolita w 1683 r.
(mapa: Mathiasrex, Maciej Szczepańczyk based on layers of user:Halibutt/CC BY-SA 3.0/Wikimedia Commons)

W interesie Rzeczpospolitej leżało, aby wokół były państwa przynajmniej słabsze od niej. Sąsiadów powinno być sporo, najlepiej ze sobą skłóconych, tak aby nie przyszło im do głowy sprzymierzać się przeciwko Polsce i Litwie. I teraz mamy sytuację, gdy dwóch naszych potężnych sąsiadów walczy ze sobą. Co leży w interesie Rzeczpospolitej? Niech się biją dalej. Wyniszczą się, osłabią i nie będą stanowić dla państwa polsko-litewskiego żadnego zagrożenia. Gorzej, gdy wygrają Turcy, bowiem po zdobyciu Wiednia mogą ruszyć na Czechy i Słowację, co w konsekwencji może oznaczać, że będziemy graniczyć na południu już tylko z Osmanami.

Jednak najgorsze by było, gdyby to cesarz wygrał i, o zgrozo, zaczął odzyskiwać okupowane ziemie. Turcy jeszcze tych obszarów nie skonsumowali. Na to potrzeba czasu: zainstalowania tam władz, obsadzenia załóg twierdz i posterunków, zorganizowania całego sytemu zarządzania. Austriacy wracaliby natomiast na stare śmiecie. Idąc dalej wyzwalali najczęściej obszary chrześcijańskie. Łatwiej zatem im było zintegrować je w ramach swego państwa i wzrost austriackiej potęgi nastąpowałby w sposób niemal automatyczny.

Przy okazji warto się rozprawić z mitem, że gdyby nie Wiedeń, to wojska sułtana ruszyłyby z rozpędu na Kraków, a potem może i do Bałtyku. Spokojnie. Po pierwsze, jak już zostało wspomniane, skonsumowanie nowych zdobyczy zabrałoby trochę czasu. Po drugie, przebycie Karpat nie byłoby taką prostą sprawą i taka wyprawa musiałaby być dużo większa i kosztowniejsza niż dotychczasowe. Nawet jeśli założymy, że Stambuł byłoby na to stać, to nie ma pewności, że Polacy, by ich znowu nie pokonali. W dodatku, postępujące po odsieczy wiedeńskiej załamanie tureckiej potęgi nie wzięło się znikąd. Był to efekt trwającego od dłuższego czasu kryzysu. Jak pisał o tym okresie Jan Reychman:

Imperium osmańskie potrafiło jeszcze podejść pod mury Lwowa i Wiednia. (…) ale była to już świetność pozorna, mająca przykrywać wewnętrzną pustkę i kryzys. Wstrząsana coraz to groźniejszymi buntami janczarów, rozszerzającymi się, tu i ówdzie pokonywana na lądzie i morzu przez Austriaków i Wenecjan, przez Polaków i Rosjan, przy stale pogarszającej się sytuacji gospodarczej, rosnącym deficycie skarbowym, w obliczu upadku rzemiosła i handlu, przy zaostrzających się wewnętrznych konfliktach klasowych i narodowościowych, wkraczała Turcja w erę następną, erę upadku.

Bitwa pod Wiedniem na obrazie Józefa Brandta

Wygrana zatem Turków w wojnie austriacko-tureckiej nie byłaby aż tak zła jak sytuacja odwrotna. Zwycięstwo Austriaków nie tylko umacniało Wiedeń, ale też pomagało Rosji. Dla Moskwy bowiem było dwóch najważniejszych przeciwników: Rzeczpospolita i Imperium Osmańskie. Załamując potęgę tego drugiego możliwe później było posuwanie się państwa carów w kierunku Morza Czarnego, co oznaczało też zagrożenie dla południowej Rzeczpospolitej. W XVIII w. doszło już do paradoksalnej sytuacji, gdy Polacy i Turcy mieli zbieżne interesy, ale nie byli w stanie przeciwstawić się swoim wspólnym wrogom. Stambuł próbował przeszkodzić zabiegom uzależnienia Rzeczpospolitej od Rosji. Stała za tym ta sama zasada: lepiej mieć dwóch sąsiadów słabszych i skłóconych niż jednego potężnego. Szczególnie groźna dla Turków była obecność rosyjskich wojsk na Ukrainie, co mogło się przyczynić do wyparcia Porty z jej posiadłości nad Morzem Czarnym.

Brać co swoje

A zatem Sobieski wybrał najgorszą z opcji. Można jeszcze dodać, że poddanie Wiednia nie oznaczało końca wojny i całkowitego upadku Cesarstwa. W rezultacie wojnę z Turkami należało zacząć, ale nie iść na austriacką stolicę.

We wrześniu 1683 roku armia koronna powinna walczyć nie pod Wiedniem, a na dobrze jej znanym Podolu. Wówczas z powodu wojny z Cesarstwem trzymano tam trzeciorzędne siły. Śmiało można przewidywać, że zaangażowanie w tamtym rejonie wojsk, które w rzeczywistości walczyły pod Wiedniem pozwoliłoby na odzyskanie tych ziem, a wtedy…

Sułtan by mieć święty spokój proponuje Rzeczpospolitej separatystyczny pokój. Polska może odzyskać to co utraciła. Sobieski jednak chce ruszyć na Mołdawię i Wołoszczyznę, by zapewnić tron dla swego syna. Tu się przelicza, ale nie traci Podola. W międzyczasie Wiedeń upada. Cesarz ucieka do Pragi. Wojna trwa nadal. Montuje się antyturecka koalicja i Turcy nadal walczą na dwa fronty. W tym konflikcie nikt nie może zadać decydującego ciosu. Pomimo utraty stolicy Habsburgom pozostało sporo terytorium. Porta ma nowe zdobycze, ale więcej wrogów i mało środków, by doprowadzić sprawę do końca.

Powrót z Wiednia. Obraz Józefa Brandta

Stambuł decyduje się na zawarcie pokoju z Polakami na nowych warunkach. Oddaje im Podole, które i tak kontrolują i odgrzebane zostaje dobrze znane sprzed 100 lat kondominium polsko-tureckie nad Mołdawią. Rzeczpospolita także mająca ograniczone możliwości godzi się na to. Wraca tym samym system bezpieczeństwa znany z czasów Zamoyskiego z Mołdawią jako buforem Rzeczpospolitej.

I właściwie to tyle. Polska i Turcja mogą wrócić do polityki co najmniej poprawnych stosunków znanej z czasów Jagiellonów. Nie ma pomiędzy nami sprzeczności, a z czasem wręcz wspólnota interesów. Bez względu na to kto wygra wojnę austriacko-turecką, to każda ze stron wyjdzie z tego osłabiona. Zwycięstwa nad chrześcijanami nie przykryją problemów wewnętrznych Imperium Osmańskiego, choć na pewno przedłużą czas świetności. Habsburgowie natomiast byli zbyt potężni, by ich całkowicie zmieść. Co najwyżej straciliby mniej lub więcej terytorium. Obydwie strony jednak mają ograniczone możliwości dalszej ekspansji w kierunku Rzeczpospolitej.

Cel zatem osiągnięty. Mamy dwóch słabszych sąsiadów. W dodatku ten trzeci przeciwnik, czyli Rosja ciągle ma problemy, aby przebić się do wyższej ligi. Przeszkadzać w tym może akurat Rzeczpospolita i Turcja razem. Jednocześnie sukcesy te w polityce zagranicznej nie eliminują nam problemów w polityce krajowej. W pełnej krasie ujawniło się to w XVIII w. Pamiętajmy jednak, że do końca tego stulecia to właśnie Turcja starała się przeciwdziałać umocnieniu wpływów rosyjskich w Rzeczpospolitej. W naszym scenariuszu miałaby do tego więcej instrumentów. Może i bylibyśmy w kryzysie, ale nie miałby kto nas rozbierać.

 Cóż, wystarczyło spojrzeć na mapę.

Zobacz także:

Dlaczego Turcja nie uznała rozbiorów Rzeczpospolitej





Komentarze

Udostępnij ten artykuł
Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu

Skomentuj artykuł

Przedłuż subskrypcję, aby dodać komentarz.

Polecane artykuły
pokaż wszystkie artykuły
Reklama
Wszelkie prawa zastrzeżone. © 2017 Kurier Historyczny. Projekt i wykonanie:logo firmy MEETMEDIA