cookies

Używamy informacji zapisanych za pomocą cookies i podobnych technologii m.in. w celach reklamowych i statystycznych oraz w celu dostosowania naszych serwisów do indywidualnych potrzeb użytkowników. Mogą też stosować je współpracujące z nami podmioty. W przeglądarce można zmienić ustawienia dotyczące cookies. Korzystanie z naszego portalu bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia. Jeżeli nie zgadzasz się na używanie cookies możesz również opuścić naszą stronę. Więcej informacji w naszej polityce prywatności.

Gdzie jest obraz Rafaela? Wojenna historia polskich dzieł sztuki

Paweł Filipiak, 08.06.2020

Karol Estreicher z odzyskaną "Damą z gronostajem"

„Portret młodzieńca” Rafaela Santi, „Dama z gronostajem” Leonarda Da Vinci, „Krajobraz z miłosiernym Samarytaninem” Rembrandta, „Sad ostateczny” Hansa Memlinga. Wszystkie wymienione powyżej wspaniałe dzieła sztuki mają ze sobą coś wspólnego. Jest to fakt, że przed II wojną światową były częścią polskich zbiorów dzieł sztuki, a po jej wybuchu stały się obiektami pożądania okupujących Polskę armii.

Z chwilą rozpoczęcia działań wojennych zarządcy polskich muzeów i galerii sztuk starali się zrobić wszytko, by starannie ukryć bądź wywieźć z kraju najcenniejsze dzieła sztuki. Z powodu jednak ich niezwykłej wartości, specjalnie do tego utworzone oddziały wojsk niemieckich były równie zdeterminowane by dzieła te odnaleźć i przechwycić. W 1944 roku za posuwającą się na zachód Armią Czerwoną podążały z kolei tzw. "oddziały trofiejne”, które z nie mniejszym zaangażowaniem tropiły polskie skarby kultury. Dzisiaj 75 lat po zakończeniu II wojny światowej okazuje się zresztą, że to te zawłaszczone przez Rosjan precjoza najtrudniej jest odzyskać polskim władzom. Oprócz dzieł wielkich mistrzów malarskich z polskich muzeów rabowano także bezcenne rzeźby, obiekty sztuki sakralnej, kolekcje sztuki użytkowej czy nunizmaty. Niestety, w wojennej zawierusze wiele z nich zostało zagubionych bądź zniszczonych. Czasami dzięki zwykłemu szczęściu, czasami dzięki odwadze i determinacji obrońców polskich skarbów udało się jednak ocalić i przywrócić narodowym zbiorom najcenniejsze z nich. Za niejednym uratowanym obrazem i cudem ocalałą rzeźba kryje się więc często również niezwykle ciekawa historia walki o polskie dziedzictwo narodowe. Przyjrzyjmy się kilku z nich.       

Wielka Trójka

W przededniu wybuchu II wojny światowej Polska posiadała wiele wspaniałych dzieł sztuki i niezwykłych eksponatów muzealnych. Niemniej jednak według wielu nie było w II Rzeczpospolitej skarbu cenniejszego, niż tzw. Wielka Trójka. Nazywano tak część kolekcji dzieł sztuki rodu Czartoryskich składającą się z trzech bezcennych dzieł malarskich. Obrazami tymi były: „Portret młodzieńca” Rafaela Santi, „Dama z gronostajem” Leonarda Da Vinci, i „Krajobraz z miłosiernym Samarytaninem” Rembrandta. Istnienie tak znamienitego trio zawdzięczamy Izabeli Czartoryskiej. Ta wielka mecenas sztuki w swojej rezydencji w Puławach zgromadziła pokaźną kolekcję cennych dzieł sztuki. Wielką pomoc w tym względzie okazał jej syn, książę Adam Jerzy Czartoryski. Przebywając we Włoszech w latach 1799–1801 nabył on „Damę z gronostajem” i „Portret młodzieńca” po czym umieścił je w posiadłości swojej matki. Wcześniej, bo ok. 1774 roku w Puławach zagościł „Krajobraz z miłosiernym Samarytaninem” nabyty w Paryżu przez Jana Piotra Norblina. Kolekcja Czartoryskich przetrwała XIX wiek bez większych szkód i po I wojnie światowej znalazła się w Muzeum Książąt Czartoryskich w Krakowie. Wartość tych obrazów była powszechnie znana toteż wybuch II wojny światowej oznaczał dla Wielkiej Trójki początek kłopotów.

„Krajobraz z miłosiernym Samarytaninem” Rembrandta

Ówczesny dyrektor Muzeum Książąt Czartoryskich, emerytowany generał Marian Kukiel, zdecydował o przetransportowaniu znacznej części najwartościowszych zbiorów muzeum do pałacu Czartoryskich w Sieniawie (ok. 60 km na płn.-wsch. od Rzeszowa). Jednak już 18 września 1939 roku zbiory zostały odnalezione przez Niemców. Początkowo nie zdawali oni sobie jednak sprawy z wartości swojego znaleziska (o czym świadczy zresztą przyozdobienie „Damy z gronostajem” odciskiem buta niemieckiego żołnierza). Dopiero później dzieła te zostały wytropione przez specjalnego komisarza do spraw zabezpieczenia dzieł sztuki na wschodnich terenach okupowanych – dr Kajetana Mühlmanna.

„Dama z gronostajem” Leonarda Da Vinci

Mühlmann był protegowanym innego niemieckiego wielbiciela dzieł sztuki, samego feldmarszałka Hermanna Göringa. Kolekcja obrazów z muzeum Czartoryskich była na tyle cenna, że oprócz Göringa zainteresował się nią również dr Hans Posse, historyk sztuki wyznaczony przez Hitlera do utworzenia w Linzu prestiżowej galerii sztuki (większość eksponatów stanowić miały dzieła zrabowane z okupowanych przez nazistów krajów). Tym samym doszło do swego rodzaju rywalizacji o łupy. Ostatecznie, aby trzymać dzieła kolekcji Czartoryskich z dala od wpływów Göringa postanowiono w 1943 roku umieścić je w Generalnym Gubernatorstwie pod okiem Hansa Franka w jego siedzibie na Wawelu. Kiedy jednak w lipcu 1944 roku Armia Czerwona zajmuje Lwów, podjęta zostaje decyzja o ewakuacji skarbów zgromadzonych przez generalnego gubernatora. 

„Portret młodzieńca” Rafaela Santi

W 1945 roku Wielka Trójka zostaje rozdzielona. Dzieła Da Vinci i Rembrandta wywieziono do Bawarii, a „Portret młodzieńca” trafia na Dolny Śląsk. Były to ostatnie chwile, kiedy widziano ten obraz. Dzieło Rafaela rozpływa się w powietrzu. „Dama z gronostajem” i  „Krajobraz z miłosiernym Samarytaninem” zostały odnalezione przez oddziały amerykańskie i wkrótce później zwrócone je polskim władzom. Obraz Rafaela do dziś jest jednak na liści zaginionych. Polski rząd wielokrotnie podejmował próby zdobycia jakichkolwiek informacji na temat „Portretu młodzieńca”. Badane był wszystkie nawet najmniej prawdopodobne scenariusze odnośnie dalszych losów obrazu. Bezskutecznie. Mówi się, że obrazy nie płoną, a dzieło Rafaela przetrwało wojenną zawieruchę bez szwanku i być może zdobi dziś czyjąś prywatną galerię. Poszukiwania „Portretu młodzieńca” stały się nawet kanwą wydanej w 2013 roku przygodowej powieści Zygmunta Miłoszewskiego pt. „Bezcenny”. Jest to jednak tylko fikcja literacka. To co wiemy, to na pewno to fakt, że zaginięcie tego obrazu uznawane jest za jedną z największych wojennych strat w dziedzinie sztuki i stanowi ogromne zubożenie polskiego dziedzictwa narodowego. Ostatni wojenny jeniec dalej czeka na swoje uwolnienie.        

Arrasy

Zdobiąca ściany zamku na Wawelu kolekcja arrasów w swoich najlepszych latach składała się z ponad 350 gobelinów przywiezionych do Krakowa przez polskich królów. Swój wkład w rozrost kolekcji mieli: Zygmunt I Stary i królowa Bona, Zygmunt II August i Zygmunt III Waza. W czasie rozbiorów kolekcję tych ozdobnych tkanin wywieziono do Rosji, lecz ich zwrot Polsce gwarantował zawarty z bolszewikami w 1921 roku Traktat Ryski. Niemniej jednak do czasów II Rzeczpospolitej liczba arrasów zmalała do 136. Kiedy wydawało się że po wieloletniej rozłące z Polską arrasy na zawsze już zostaną na Wawelu nadeszła II wojna światowa. Natychmiast zdecydowano o niezwłocznym ukryciu cennych tkanin. Sporządzono w tym celu specjalne metalowe skrzynie, w których gobeliny miały być wywiezione z Krakowa. W chwili ewakuacji arrasów działania wojenne na terytorium Polski już trwały toteż zarówno transport samochodowy, jak i kolejowy wydawał się zbyt niebezpieczny. Stanisław Świerz Zaleski – kustosz zbiorów wawelskich zadecydował, że najlepszym wyjściem będzie spływ Wisłą.

Jak krążą legendy, do nadwiślańskiej przystani arrasy przyjechały przyczepą do wywożenia gnoju (inna wersja podaje, że był to wóz do wywożenia śmieci). Tam odnaleziono barkę, której właścicielem był Franciszek Miś. Zgodził się on pomóc w ewakuacji cennych płócien i tak 3 września 1939 roku wiślany galar ruszył w dół rzeki do Sandomierza. Po drodze napotkano niewielki stateczek „Paweł”. Jego właściciel Marian Śliwiński nie chciał początkowo zgodzić się holować barki, jednak gdy dowiedział się co zawierają metalowe skrzynie zdecydował się zmienić zdanie. W czasie spływu ekipa przeprowadzająca ewakuację musiała wielokrotnie narażać swoje życie i kryć się w nabrzeżnych zaroślach przed nalotami niemieckiego lotnictwa patrolującego brzegi Wisły. Cudem barka nie została zauważona, a ładunek dopłynął szczęśliwie do Sandomierza.

Jeden z wawelskich arrasów

Rok później na trop arrasów wpada znany nam już komisarz do spraw zabezpieczenia dzieł sztuki na wschodnich terenach okupowanych Kajetan Mühlmann. Na żądanie Hansa Franka zaczyna szukać zaginionych gobelinów. Dociera on do Sandomierza. Tu dowiaduje się, że skrzynie z arrasami na początku przewiezione zostały do Kazimierza Dolnego, po czym wyjechały z miasta na podstawionych przez wojsko na furmankach (!). Dalej autobusami odjechały w nieznanym kierunku. Dziś już wiemy, że 18 września 1939 roku eskortowane przez wojsko wawelskie płótna przekraczają granice z Rumunią w Kutach. Z Rumunii arrasy dostają się do Francji, a stamtąd dzięki działaniom podjętym przez doktora Karola Estreichera (który po wojnie będzie czołową postacią w walce o utracone polskie zabytki) 19 czerwca 1940 roku docierają do Ambasady RP w Londynie.

Nie był to jednak koniec ich podróży. Nad Anglią ciągle wisiało widmo inwazji niemieckiej toteż zdecydowano się wysłać arrasy w kolejny, tym razem w dużo dłuższy rejs, do Kanady. Na pokładzie statku Batory i razem z depozytem złota z angielskich banków oraz w eskorcie pancernika, trzech niszczycieli i innych brytyjskich okrętów wojskowych arrasy wyruszają w drogę przez Atlantyk. Dotarłszy do Kanady polski skarb przeczekuje dalsze wojenne lata w piwnicy klasztoru redemptorystów Sainte-Anne-de-Beaupré w Quebecu. Ale nikt nie mógł się spodziewać, jak trudne będzie teraz sprowadzenie polskich skarbów z powrotem do kraju. Nastawione mocno antykomunistycznie władze Kanady za nic w świecie nie chciały zgodzić się na ich powrót do komunistycznej Polski. Dopiero w 1961 roku dzięki wstawiennictwu znanych i szanowanych w Kanadzie Polaków (min. kardynała Stefana Wyszyńskiego) pertraktacje z kanadyjskim rządem kończą się sukcesem. 16 stycznia 1961 roku wiozący królewskie gobeliny statek „Krynica” dobija do portu w Gdyni. Po krótkim pobycie w Warszawie, gdzie arrasy poddane były szczegółowej konserwacji trafiają wreszcie na Wawel. W wydaniu 13A/61 Polskiej Kroniki Filmowej ich powrót do domu opisywany jest tymi słowami:

Na dziedzińcu wawelskim kilometrowa kolejka: mieszkańcy miasta i wycieczki z całej ziemi krakowskiej. Do renesansowych komnat wróciły wreszcie arrasy. Nie krzyczą już opustoszałe ściany. Wnętrza zamkowe odzyskały swój prawdziwy kształt, ten sam co przed 400 lat. Pośród zabytkowych sprzętów odzyskane skarby i pamiątki po ostatnim z wielkich Jagiellonów zabłysnęły pełnym blaskiem. Tutaj i tylko tutaj będzie teraz ich miejsce.

Sąd Ostateczny

Ze swoim bałtyckim portem Gdańsk od dawien dawna był prawdziwą bramą do świata, ośrodkiem prężnego handlu i bogactwa. Dzięki swojemu nadmorskiemu położeniu przez gród nad Motławą przewijały się od wieków różnego rodzaju towary luksusowe, a także cenne dzieła sztuki, które umilały życie gdańskiemu mieszczaństwu. Od XV wieku najcenniejszym eksponatem, jakim mógł pochwalić się Gdańsk był przechowywany w Kościele Mariackim obraz Hansa Memlinga „Sad Ostateczny”. Nietrudno zgadnąć, co obraz przedstawiał. Nie wszyscy wiedzą jednak, że mający formę tryptyku i namalowany przez mieszkającego w Brugii Niemca jest jednym z najwspanialszych dzieł malarskich wczesnego Odrodzenia. Do polskiego miasta trafił zupełnie przypadkowo. Pływająca pod sztandarem Gdańska karawela Peter von Danzig w 1473 roku zaatakowała zabłąkany i płynący do Florencji włoski statek, na którego pokładzie znajdował się właśnie obraz Memlinga. Niezwykły zbieg okoliczności sprawił, że dzieło przez kolejne stulecia zdobiło wnętrze Kościoła Mariackiego (z krótką przerwą na początku XIX wieku kiedy to wojska Napoleona wywiozły obraz do Francji). Pod koniec II wojny światowej o tym jak cennym dziełem sztuki był „Sąd Ostateczny” wiedzieli zarówno Niemcy, jak i Polacy. Ci pierwsi obraz ukryli, ci drudzy starali się go odszukać. Na domiar złego do walki o zaginioną perłę europejskiego malarstwa wtrącili się również Sowieci. 

"Sąd ostateczny" Hansa Memlinga

Armia Czerwona, a konkretnie 2. Armia Uderzeniowa 2. Frontu Białoruskiego w marcu 1945 roku zdobywa Gdańsk. Wkrótce do miasta wkracza również brygada trofiejna komitetu do spraw sztuki przy Radzie Komisarzy Ludowych ZSRR. Jej szef podpułkownik Leon Denisow doskonale zdaje sobie sprawę z obfitości skarbów kultury, jakie znajdowały się w Gdańsku przed wybuchem wojny oraz z faktu, że najcenniejszym z nich jest „Sąd Ostateczny”. Zaczynają się przesłuchania i zorganizowana akcja polowania na skarby. Polscy historycy sztuki przeszukujący zdobyte miasto w nadziei na odnalezienie ukrytych przez Niemców gdańskich precjozów stają więc do nieoficjalnego wyścigu z Sowietami. W maju ludzie Denisowa odnoszą pierwszy sukces. Z pod gruzów Wielkiej Zbrojowni wydobywają ukryte przez Niemców skrzynie pełne złota, srebra, bursztynu i kości słoniowej oraz różnego rodzaju rzeźby, starodruki i obrazy. Brakuje wśród nich jednak dzieła Memlinga. W czerwcu ta sama brygada odnajduje w sejfie Miejskiej Kasy Oszczędności bezcenną kolekcję numizmatyczną przewiezioną do Gdańska z zamku w Malborku. Polacy jednak również mieli swoje sukcesy. We wsi Hopowo odnajdują min. Fontannę Neptuna. I chociaż obie ekipy, rosyjska i polska robią wszystko co w ich mocy to żadna z nich nie jest w stanie namierzyć „Sądu Ostatecznego”. 

Więcej na temat w książce Leszka Adamczewskiego
Zagrożone dziedzictwo. Zaskakuące losy zabytków na
krętych ścieżkach XX wieku

Dopiero dzięki zeznaniom dwóch Niemców, byłego dyrektora Muzeum Miejskiego w Gdańsku Willego Drosta i konserwatora sztuki na region Gdańsk-Prusy Zachodnie Ericha Volmara, Sowieci dowiadują się, że obraz Memlinga wraz z innymi cennymi obrazami z Gdańska ewakuowany został w głąb Niemiec. Sowieci wiedzą, że trafił on najprawdopodobniej do którejś ze specjalnie do tego przygotowanych kopalń lub zamków Saksonii czy Turyngii, etatowych miejsc deponowania zagrabionych przez Niemców dzieł sztuki i innego rodzaju cennych aktywów (w Turyngii znajdowała się również kopalnia Kaiseroda, gdzie w kwietniu 1945 roku oddziały amerykańskie odnalazły rezerwy złota III Rzeszy i bezcenne dzieła sztuki). Mimo że Saksonia i Turyngia znajdowały się w radzieckiej strefie okupacyjnej to były to regiony dość dobrze spenetrowane przez oddziały amerykańskie. Ale nawet Amerykanom nie udało się odnaleźć „Sądu ostatecznego”. 

Ostatecznie tak jak to się działo ze sporą częścią zaginionych dzieł sztuki, tak i obraz Memlinga został odnaleziony przypadkiem. W kwietniu 1946 roku Sowieci natrafiają na niego w małym wiejskim kościele w miejscowości Rhon w Turyngii. Tak jak można się było spodziewać nie wraca on jednak do Polski, lecz razem z innymi zagrabionymi w Gdańsku skarbami sztuki zostaje wysłany do ZSRR. Dopiero po 10 długich latach udaje się ściągnąć obraz do stolicy Pomorza, gdzie można go podziwiać do dziś.                  

Ciąg dalszy nastąpi

Nie sposób opisać w krótkim artykule nawet małej części historii związanych z wojennymi losami polskich dzieł sztuki. Skala rabunku polskiego dziedzictwa narodowego w czasie II wojny światowej była bezprecedensowa i do dziś dzień jest niezagojoną raną. Niemniej jednak część skradzionych w czasach wojennych dóbr kultury wróciła do Polski. Stanowią one tak potrzebny każdemu narodowi symbol przypominający o jego historii, wyznawanych wartościach oraz są kulturową spuścizną, jaka przekazana zostanie kolejnym pokoleniom Polaków. Nie ma wątpliwości, że do dziś dzień, gdzieś w magazynach rosyjskich muzeów, prywatnych zbiorach kolekcjonerów sztuki czy gabinetach nie do końca uczciwych marszandów znajdują się również dzieła sztuki, będące owocem grabieży polskich muzeów. Cieszy fakt, że władze Polski nawet dziś, 75 lat po zakończeniu II wojny dalej walczą o odzyskanie należnych Polsce skarbów. Każdego roku Ministerstwo Spraw Zagranicznych informuje o kolejnych sukcesach na tym polu. Miejmy zatem nadzieję, że pewnego dnia dane nam będzie ujrzeć „Portret młodzieńca” w salach Muzeum Czartoryskich w Krakowie.

Artykuł powstał m.in. w oparciu o książkę Leszka Adamczewskiego Zagrożone dziedzictwo. Zaskakuące losy zabytków na krętych ścieżkach XX wieku.





Komentarze

Udostępnij ten artykuł
Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu

Skomentuj artykuł

Przedłuż subskrypcję, aby dodać komentarz.

Polecane artykuły
pokaż wszystkie artykuły
Reklama
Wszelkie prawa zastrzeżone. © 2017 Kurier Historyczny. Projekt i wykonanie:logo firmy MEETMEDIA