cookies

Używamy informacji zapisanych za pomocą cookies i podobnych technologii m.in. w celach reklamowych i statystycznych oraz w celu dostosowania naszych serwisów do indywidualnych potrzeb użytkowników. Mogą też stosować je współpracujące z nami podmioty. W przeglądarce można zmienić ustawienia dotyczące cookies. Korzystanie z naszego portalu bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia. Jeżeli nie zgadzasz się na używanie cookies możesz również opuścić naszą stronę. Więcej informacji w naszej polityce prywatności (https://kurierhistoryczny.pl/polityka-prywatnosci,7).

Dywizjony bombowe w Polskich Siłach Zbrojnych na Zachodzie

Łukasz Gajda, 17.11.2017

Żołnierz 305. dywizjonu bombowego przed samolotem Vickers Wellington, 1942 r.

Wyczyny polskich pilotów bombowców w czasie II wojny światowej są niewątpliwie w cieniu zasług żołnierzy dywizjonów myśliwskich. A szkoda, gdyż to np. właśnie oni byli pierwszymi Polakami po 1939 r., którzy mieli okazję zaatakować terytorium III Rzeszy.

W bitwie o Anglię na francuskim niebie

Polscy lotnicy przybywający po klęsce wrześniowej do Francji mogli czuć się rozczarowani. Sojusznicy traktowali ich z rezerwą. Wątpiono w ich umiejętności. Rozpoczęto wprawdzie formowanie 1. Dywizjonu Bombowego, lecz oddano mu do dyspozycji pochodzące z 1933 r. bombowce Potez 540, którym daleko było do polskich „Łosi” i „Karasiów”. Dywizjon nigdy też nie wszedł do walki. Jego szkolenie zakończono dopiero w połowie czerwca 1940 r., w momencie gdy Niemcy już mocno pobili siły francuskie.

W Wielkiej Brytanii sytuacja się już poprawiła. Do końca 1940 r. powstało aż osiem polskich dywizjonów, w tym cztery bombowe. Nosiły one numery: 300, 301, 304 i 305. Od sierpnia do października 1940 r. w bitwie o Anglię wzięły udział dywizjony 300 i 301. Ich zadaniem było w tym czasie atakowanie niemieckich siły na północy Francji. Misję tę wykonywali na bombowcach Fairey Battle. Nie były to najlepsze maszyny, ale to właśnie na nich 14 września 1940 r. Polacy dokonali nalotu na port w Boulogne, gdzie zniszczyli wojska niemieckiego desantu na Wyspy Brytyjskie.

Samoloty Vickers Wellington w Dywizjonie 300.

Naloty na Francję spowodowały duże straty w dywizjonach, za które obwiniano słabe opancerzenie samolotów. Zadecydowano zatem na wprowadzenie do służby w polskich dywizjonach nowych maszyn – ciężkich bombowców Vickers „Wellington”. Były to olbrzymie samoloty z przeznaczeniem do długodystansowych wypraw. Szkopuł w tym, że potrzebowały one większą załogę i personel naziemny, a z powodu strat w dywizjonach ciągle brakowało żołnierzy i niewiele wskazywało, że sytuacja ta się poprawi.

Straty, straty, ciągłe straty...

W 1941 r. polskie jednostki weszły w skład 1. Grupy Bombowej, w której stanowili połowę składu. W tym czasie Polacy brali udział w nalotach na Brest i Rotterdam, gdzie celem były bazy niemieckich U-bootów. Po rozpoczęciu inwazji III Rzeszy na ZSRR wzmożono ataki bombowców na obiekty przemysłowe, które dostarczały wsparcia dla walczących na froncie niemieckich żołnierzy. Polskie dywizjony już miały doświadczenie w takich operacjach.

1 stycznia 1941 r. Polacy odbyli pierwszy lot nad III Rzeszą. Celem była Brema, gdzie zbombardowano stocznie i lotnisko. Był to pierwszy raz od czasu kampanii w Polsce, kiedy to polscy żołnierze zaatakowali terytorium Niemiec. Sama wyprawa okazała się jednak pechowa, ale nie ze względu na niemiecką obronę przeciwlotniczą, lecz ciężkie lądowanie po powrocie. Z powodu rozmiękczonego gruntu na lotnisku rozbiły się aż trzy maszyny.

Wypadek Lancastera przy lądowaniu,1945 r.

Jeszcze w 1941 r. celem bombardowań były przede wszystkim podejścia do niemieckich portów. Bomby rzadko jednak trafiły do celu, dlatego postanowiono zastąpić tę taktykę nalotami dywanowymi. Potężne grupy bombowców miały równać z ziemią całe niemieckie miasta. W tych operacjach wzięły udział również polskie dywizjony, atakując w pierwszym okresie m.in. Hamburg, Kilonię, Essen, Duisburg, Dusseldorf, Kolonię oraz Mannheim i Frankfurt nad Menem.

Początkowo siły alianckie wykonywały swoje misje z bardzo niewielkimi stratami. Wynikało to przede wszystkim ze słabości niemieckiej obrony przeciwlotniczej. Ta jednak szybko nadrobiła niedociągnięcia i już w 1942 r. alianci zaczęli odnotowywać poważne straty. W kwietniu tego roku Dywizjon 304. stracił w nalotach na Niemcy sześć maszyn i 1/4 etatowej liczby załóg. Doprowadziło to do wycofania tej jednostki do obrony wybrzeża. W innych dywizjonach nie było lepiej. W 301. w dwa miesiące utracono 48 osób, czyli skład ośmiu załóg. Spowodowało to rozformowanie jednostki i przydzielenie jej do zadań specjalnych. Do końca 1942 r. Polacy stracili tyle samolotów, ile mieli w 1940 r. we wszystkich dywizjonach. W całym tym roku polskie bombowce wzięły udział w 30 tys. misjach i zrzuciły 2764 bomby. Kosztowało to jednak życie 398 lotników.

Obrońcy Warszawy”

Dwa ocalałe polskie dywizjony, 300. i 305. dostały natomiast nowe maszyny. „Welligtony” nie radziły już sobie z niemieckimi myśliwcami, co generowało tylko straty. W sierpniu 1943 r. Dywizjon 300. otrzymał wówczas najlepsze brytyjskie bombowce „Avro Lancaster”, które mogły przewieźć aż 6,5 tony bomb. Wymagały one jednak znów większych załóg, których oczywiście brakowało. Uzupełnianie braków kadrowych i szkolenia zajęły kilka miesięcy. Jednostka wróciła do walki dopiero w kwietniu 1944 r. Z kolei Dywizjon 305. otrzymał najpierw średnie bombowce B-25 Mitchell, a potem ultralekkie i szybkie Mosquito. Te ostatnie były wprawdzie słabo uzbrojone i opancerzone, ale te słabości rekompensowała prędkość, jaką osiągały, nieuchwytną dla samolotów wroga.

W nocy z 24 na 25 lipca 1943 r. 89 polskich bombowców wzięło udział w wielkim bombardowaniu Hamburga, które zniszczyło miasto blisko w 70 proc. Po kilku miesięcznym uzupełnieniu strat i odpoczynku, polskie jednostki atakowały niemieckie zaplecze frontu w czasie alianckiej inwazji na Normandię. Wówczas dywizjon 305. wsławił się udziałem w wysadzeniu niemieckich zbiorników z 13 milionami litrów paliwa.

Żołnierze Dywizjonu 300. na zdjęciu grupowym z 1946 r.

W 1945 r. Lancastery z Dywizjonu 300. atakowały Zagłębie Ruhry. W lutym tego roku wzięły też udział w słynnym bombardowaniu Drezna. Ostatnią akcja polskich bombowców był lot bojowy Dywizjonu 305. w nocy z 25 na 26 kwietnia nad rezydencję Hitlera w Berchtesgarden. Wszystkie te akcje generowały jednak ciągle straty. Już na początku 1945 r. w dywizjonach było więcej Brytyjczyków niż Polaków.

Z kolei załogi z rozwiązanego 301. weszły w skład 138. Dywizjonu do Zadań Specjalnych. Polacy stworzyli w nim Eskadrę 1586 Specjalnego Przeznaczenia, w której latali na całkiem dobrych Handley Page Halifax. Pierwszymi ich zadaniami były ataki na wybrzeża Morza Bałtyckiego i Północnego. Później przeniesiono dywizjon do Afryki, a w końcu do włoskiego Brindisi. Stamtąd m.in. polska eskadra wyruszała, by zrzucać zaopatrzenie dla ruchów oporu w Jugosławii, a także w Polsce. Prócz tego przerzucali do kraju słynnych cichociemnych.

Do najbardziej heroicznych misji eskadry należały loty nad powstańczą Warszawą. Z powodu odmowy przez Stalina lądowań na lotniskach sowieckich samoloty alianckie wracały znad walczącego miasta ostrzeliwane przez Niemców na resztkach paliwa. Pomimo to Polacy latali tam na ochotnika. W uznaniu tego Naczelny Wódz Kazimierz Sosnkowski 15 września 1944 r. nadał im tytuł „Obrońców Warszawy”.

Misje specjalnej eskadry były jednakże okupione stratami. Do końca wojny zginęło w niej 56 osób, a 23 dostało się do niewoli.

W latach 1940-1945 polskie bombowce wykonały 11 699 lotów zrzuciły 14 708 ton bomb. W tym czasie we wszystkich polskich dywizjonach bombowych zginęło 2416 żołnierzy, natomiast 331 wzięto do niewoli.





Komentarze

Udostępnij ten artykuł
Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu

Skomentuj artykuł

Przedłuż subskrypcję, aby dodać komentarz.

Polecane artykuły
pokaż wszystkie artykuły
Reklama
Wszelkie prawa zastrzeżone. © 2017 Kurier Historyczny. Projekt i wykonanie:logo firmy MEETMEDIA