cookies

Używamy informacji zapisanych za pomocą cookies i podobnych technologii m.in. w celach reklamowych i statystycznych oraz w celu dostosowania naszych serwisów do indywidualnych potrzeb użytkowników. Mogą też stosować je współpracujące z nami podmioty. W przeglądarce można zmienić ustawienia dotyczące cookies. Korzystanie z naszego portalu bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia. Jeżeli nie zgadzasz się na używanie cookies możesz również opuścić naszą stronę. Więcej informacji w naszej polityce prywatności.

Dlaczego w czasach zaborów wielu cudzoziemców chciało być Polakami?

Piotr Szajda, 10.03.2020

Pożegnanie uczestników powstania 1863 roku, obraz Wandalina Strzeleckiego

W okresie zaborów dostrzegalne było dziwne dla osób zewnątrz zjawisko. Otóż, przedstawiciele narodów, które rozebrały ziemie polsko-litewskie dobrowolnie się polonizowali. Za I Rzeczypospolitej samoczynna polonizacja była czymś zrozumiałym, gdyż od tego nierzadko zależało zrobienie kariery w tym państwie, ale w czasie niewoli bycie Polakiem bardziej przeszkadzało niż w czymkolwiek było pomocne. Skąd zatem wziął się ten fenomen?

Siła szlacheckiej kultury

Paradoksalnie szanse na spolonizowanie swoich ciemiężców elity dawnego polsko-litewskiego państwa dostrzegły już niedługo po III rozbiorze. Dotyczyło to zwłaszcza carskiej Rosji, w której nagle połowę stanu szlacheckiego stanowili Polacy i Litwini. Wychodzono zatem z założenia, że skoro mieszkańcy Rzeczypospolitej stali na wyższym poziomie od Rosjan, to kultura polska z łatwością powinna opanować największego z zaborców. Przywoływano tu przykład Grecji i Rzym, w którym podbici Grecy zdołali przeszczepić swoją kulturę na całym terytorium swego ciemiężcy. To przeświadczenie wzmacniał także fakt, że jeszcze w XVII wieku, to kultura polska dominowała w państwie carów.

Pożegnanie powstańca - obraz Artura Grottgera

Pierwsze dekady niewoli niewiele wskazywały, aby te kalkulacje były trafne. Polskość nie królowała na żadnym z zaborczych dworów. Przybywający na ziemie zabrane urzędnicy, liczyli na przychylność swoich mocodawców, a w tym polskość nie pomagała. Podobnie było z polską szlachtą, która starała się wykazywać lojalność wobec nowych monarchów, choć przy jednoczesnym zachowaniu polskości. To jednak nie zawsze się udawało.

Zmianę przyniosło powstanie Księstwa Warszawskiego, a następnie Królestwa Polskiego. Polskość znów była w cenie i dawała szanse na zrobienie kariery. Ale zdecydowanie większą falę polonizacji przyniosło paradoksalnie powstanie listopadowe. Wtedy tak naprawdę dopiero ujawniła się skala tego zjawiska. W szeregach powstańczych znaleźli się chociażby synowie wysokich austriackich urzędników, jak poeta Wincenty Pol, malarz Adolf Nigroni czy pisarz Józef Alojzy Reitzenheim. Niektórzy z nich spolonizowali się do tego stopnia, że potem uparcie negowali swoje obce pochodzenie. Wincenty Pol przez całe życie zaprzeczał, że jego ojciec był Niemcem, przyznając jedynie, że pochodził z Warmii.

Tutaj jednak trzeba zrobić jedną ważną uwagę. Ci synowie dygnitarzy państw zaborczych często byli jednocześnie synami polskich szlachcianek i to one miały wybitny wpływ na ich wychowanie. Przybywający na polskie ziemie urzędnik, mający perspektywę zostania tu do końca życia musiał przecież to życie jakoś sobie ułożyć. Wybór panien z spośród własnej narodowości był ograniczony, a Polki wymagały od kandydatów na męża przynajmniej przychylności dla rodaków.

Na nic jednak byłby wpływ polskich żon zaborczych notabli, gdyby nie kultura szlachecka. Była ona radykalnie inna niż ukształtowane wedle francuskich modłów zwyczaje wyższych warstw w innych krajach. Szlachta na ich tle znacząco się wyróżniała. Dwory, kontusze, uczty, kuligi, tradycje, wiejski styl życia – to wszystko fascynowało i przyciągało obcokrajowców jak magnes. Nawet wśród mieszczaństwa, które jeszcze w XIX wieku w znacznej części było niemieckiego pochodzenia ulegano stopniowej polonizacji właśnie poprzez fascynację kulturą szlachecką. Gdy tylko udało się zarobić większe pieniądze, kupowano ziemiański majątek i starano się naśladować szlachecki styl życia. A jeśli udało się jeszcze do tego poślubić szlachecką córkę, to jak dziecko wychowane w takim związku i w takim miejscu miało nie być Polakiem?

Franciszek Matejko z dziećmi. Obraz Jana Matejki

Świetnie to zostało uchwycone w „Ziemi obiecanej” Władysława Reymonta i jej filmowej ekranizacji Andrzeja Wajdy. Jeden z głównych bohaterów, Maks Baum podczas odwiedzin ziemiańskiego dworu w Kurowie jest tak nim zachwycony, że sam stwierdza, że życie tu wydaje się mu po prostu lepsze. W innym miejscu fabrykant Muller chce mieć taki salon i tak witać gości jak polska szlachta.

Do głównych przyczyn atrakcyjności polskości należała jego specyficzna elitarność. Na ziemie polskie licząc na zdobycie pieniędzy i zrobienie kariery bardzo często przybywali wtedy synowie chłopów, oberżystów, piwowarów czy drobnych handlarzy. Nie wszyscy oni mogli jednak liczyć na szlachectwo od zaborczego monarchy. Tymczasem szlacheckość polska była relatywnie na wyciągnięcie ręki. Nikt jej nie mógł nadać, ale wystarczało przyjąć szlachecką obyczajowość, kulturę i zwyczaj, i już można było poczuć się kimś lepszym. Bycie Polakiem było zatem rodzajem nobilitacji. Pamiętajmy bowiem, że poza stanem szlacheckim polskość wówczas niemal nie istniała. „Jestem Polakiem” oznaczało w praktyce „jestem polskim szlachcicem”.

Szlachecka polonizacja wyznaczała także ścieżkę pożądanego przez wielu społecznego awansu. Ojciec Fryderyka Chopina, Mikołaj pochodził z rodziny zbieraczy winogron. W Polsce majątku wielkiego wprawdzie nie zdobył, ale ożenił się ze zubożałą szlachcianką, żył w ziemiańskim świecie, a już jego syn przyjaźnił się z arystokratami. Podobnie ojciec Jana Matejki, Franciszek był potomkiem chłopa. W Polsce również wziął za żonę polską szlachciankę, a jego synowie byli już posiadaczami wiejskich dworów.

Wielu też, zwłaszcza młodych, fascynowała ta, będąca niemal na granicy szaleństwa, walka o niepodległość. Tradycja powstańcza, zmagania z opresyjnymi reżimami, obsesyjne dążenie do wolności najlepiej wyrażało młodzieńczą postawę buntu. Normalnym odruchem było także solidaryzowanie się ze słabszym. Pięknym tego przykładem jest Michał Heydenreich - syn Niemca i Francuzki, który mimo perspektywy olbrzymiej kariery w carskiej armii włączył się w polską konspirację, a w powstaniu styczniowym był jednym z najlepszych dowódców. Takie postaci inspirowały innych Polaków z wyboru. Dlatego pomimo wielkiej daniny krwi dawanej w powstaniach, naród polski paradoksalnie wówczas się powiększał.

Trudna chłopska polonizacja

Inaczej jednak ta sytuacja wyglądała w relacjach między niższymi warstwami społeczeństwa. Obcokrajowcy bardzo rzadko się polonizowali poprzez stan chłopski. Aż do II wojny światowej w różnych rejonach Polski można było odnaleźć wioski czeskich czy niemieckich osadników, którzy w ogóle się niespolonizowali. Polskich chłopów nie często uznawano za stojących kulturowo wyżej od ich odpowiedników w zaborczych krajach. Ponadto chłopi polscy rzadko też mieli jakąkolwiek świadomość narodową, co notabene próbowali wykorzystać zaborcy. Znamienny jest tu przykład Antoniego Bryka z Dubiecka pod Przemyślem. Jako chłopski syn zbiegł z rodzinnej wsi i w 1846 roku ukończył w Wiedniu medycynę. Dowiedział się jednak o tym hrabia Kazimierz Krasicki – właściciel Dubiecka, który zażądał jego powrotu i odrabiania pańszczyzny. Szczęśliwym trafem Bryk został powołany do wojska, gdzie służył jako lekarz w trakcie kampanii węgierskiej w 1848 roku. Dzięki służbie w armii uwolnił się od poddaństwa i został nawet profesorem medycyny sądowej na Uniwersytecie Jagiellońskim. Niejako w geście wdzięczności wobec cesarstwa do końca życia zwalczał wszelkie przejawy polskości na uczelni.

Dożynki - obraz Michała Stachiewicza

Takie przypadki nie stały się jednak regułą. Po wprowadzeniu autonomii galicyjskiej bycie Polakiem wręcz mogło niekiedy ułatwiać karierę. W zaborze rosyjskim czy pruskim od pełnej asymilacji z narodowością zaborcy odstręczała obca religia. Wyjątek stanowiło Pomorze, gdzie wpływy protestanckie były widoczne już za I Rzeczpospolitej. Tutaj nie tylko chłopi, ale nawet ewangelicka szlachta kaszubska wolała przyjąć rolę lojalnych poddanych pruskiego króla. A od postawy szlachty wiele zależało. Szlachta niemiecka, pomimo że na Górnym Śląsku miała polskich poddanych, nie ulegała polonizacji. Jeżeli jednak obcy szlachcic znalazł się w polskim środowisku równych sobie, to on albo jego dzieci zazwyczaj przyjmowali kulturę i język otoczenia. Inaczej czekał ich towarzyski ostracyzm.

Dzięki zatem trwaniu polskości w dworach, oryginalności polskiej kultury szlacheckiej, ale też dzięki nieustannej walce o wolność Polacy w okresie ponad wiekowej niewoli zamiast się kurczyć, powiększali się o ludzi, którzy sami postanowili dołączyć do tego niezwykłego narodu. Fryderyk Chopin, Karol Estreicher, Artur Grottger, Jan Matejko czy Wincenty Pol – to tylko część z długiej listy wybitnych osobistości, których rodziny przeszły w okresie rozbiorów proces, jak widać, głębokiej polonizacji. Nie tylko czuli się oni Polakami, ale też angażowali się w działalność patriotyczną, nierzadko narażając własne życie.





Komentarze

Udostępnij ten artykuł
Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu

Skomentuj artykuł

Przedłuż subskrypcję, aby dodać komentarz.

Polecane artykuły
pokaż wszystkie artykuły
Reklama
Wszelkie prawa zastrzeżone. © 2017 Kurier Historyczny. Projekt i wykonanie:logo firmy MEETMEDIA