cookies

Używamy informacji zapisanych za pomocą cookies i podobnych technologii m.in. w celach reklamowych i statystycznych oraz w celu dostosowania naszych serwisów do indywidualnych potrzeb użytkowników. Mogą też stosować je współpracujące z nami podmioty. W przeglądarce można zmienić ustawienia dotyczące cookies. Korzystanie z naszego portalu bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia. Jeżeli nie zgadzasz się na używanie cookies możesz również opuścić naszą stronę. Więcej informacji w naszej polityce prywatności (https://kurierhistoryczny.pl/polityka-prywatnosci,7).

Dajmy spokój z reparacjami! Polska może się domagać przywrócenia granicy z 1772 roku!

Jakub Wojas, 18.03.2018

Mapa Rzeczpospolitej w 1771 r.

Powyższy tytuł zakrawać może o żart, ale jest to najprawdziwsza prawda. Ba! Kwestia polskich roszczeń do granicy z 1772 r. jest całkiem klarowna, a na pewno mniej zawiła niż praw do reparacji od Niemiec za II wojnę światową.

W spadku po I RP

Zacznijmy od bezdyskusyjnego faktu, że wszystkie trzy rozbiory Rzeczpospolitej dokonano z pogwałcaniem obowiązującego również wówczas prawa międzynarodowego. Tutaj można podać długą litanię działań zaborców, którzy próbowali zalegalizować zagrabienie polskich i litewskich terytoriów. Wstarczy wspomnieć tu chociażby absolutnie niedopuszczalne wymuszanie sejmowych decyzji potwierdzających cesję terytoriów.

Z tego też powodu od samego początku II RP stała na stanowisku, że Polska w 1918 r. nie powstała, a odrodziła się po 123 latach niewoli. Różnica może się wydawać niewielka, aczkolwiek ma kolosalne znaczenie. Polska jest przez to bowiem sukcesorem wszystkich praw i zobowiązań swojej poprzedniczki, czyli I RP. Tym samym odrodzona Polska miała prawo do objęcia granic sprzed I rozbioru. Co więcej, posłowie Sejmu Ustawodawczego wprost to artykułowali. 27 marca 1919 r. poseł Polskiego Zjednoczenia Ludowego Witold Kamieniecki mówił w sejmie:

Konieczne jest porozumienie się z ludami wschodu. Porozumienie, ich dobra wola i zgoda, to są elementy, które w XX wieku są koniecznością. [...] Porozumienie z Litwinami i Białorusinami pozwala nam w stosunku do Rosji [...] żądać przekreślenia wszystkich traktatów podziałowych i powrotu do granic z 1772 roku.

Pan poseł nawiązywał do jednego z pomysłów przywrócenia tej granic, jakim była koncepcja federacyjna Józefa Piłsudskiego. Zdaniem Komendanta na obszarze dawnej I Rzeczpospolitej powinna powstać federacja Polski z „ludami wschodu”, czyli Litwinami, Białorusinami, Ukraińcami i być może też z Łotyszami. Przeciwnikiem tego był Roman Dmowski, który opowiadał się za jednolitym państwem z ograniczoną do minimum liczbą mniejszości narodowych. Jednak i on przedstawiając na konferencji w Wersalu nieco już pomniejszone roszczenia Polski wobec ziem za liną Bugu i Sanu odwoływał się do praw Rzeczpospolitej i faktu bezprawności rozbiorów.

Mapa rozbiorów Rzeczpospolitej 1772-1795 (mapa: Halibutt, translation by Alokasta/CC BY-SA 3.0/GFDL/Wikimedia Commons)

Niestety, marzenia o granicy z 1772 r. znikły wraz z zawarciem traktatu ryskiego, kończącego wojnę polsko-bolszewicką. Stojący na czele polskiej delegacji ludowiec Jan Dąbski i w szczególności endek Stanisław Grabski sprzeciwiali się koncepcji federacyjnej Marszałka. To co się działo w Rydze jest wielkim błędem i hańbą dla Polski. Polacy najpierw przyczynili się do wyeliminowaniu z negocjacji naszego sojusznika, Ukraińskiej Republiki Ludowej, a następnie doprowadzili do rozbioru Ukrainy i Białorusi przez Polskę i ZSRR. Zdaniem polskich delegatów miało to uniemożliwić sfederalizowanie Rzeczpospolitej i objęcie zasięgiem jedynie takiej liczby mniejszości narodowych, którą da się spolonizować. Jak wiadomo te kalkulacje okazały się mrzonkami. Średnia Polska wyznaczona ostatecznie w Rydze okazała się za słaba, by przetrwać między Niemcami a Rosją. Co gorsza, w traktacie ryskim Polska zrzekła się praw do wszystkich ziem na wschód od wyznaczonej linii granicznej. A zatem, do widzenia granico z 1772 r.?

Czy traktat ryski obowiązuje?

No właśnie, niekoniecznie. ZSRR uznał ten traktat za tymczasowy i od samego początku nie wypełniał wszystkich jego postanowień. Sowieci np. zobowiązali się do wypłacenia Polsce 30 mln rubli w złocie tytułem rekompensaty za wkład ziem polskich w budowanie gospodarki rosyjskiej w okresie rozbiorów. Gdzie są te pieniądze? To jest dobre pytanie, gdyż Polska ich nigdy od Rosji nie dostała. Podobnie zresztą jak wielu zagrabionych w czasie zaborów dzieł sztuki i zabytków, które na podstawie traktatu ryskiego Moskwa miała zwrócić. Koniec końców ZSRR zignorowało nawet linię graniczną z 1921 r., dokonując agresji 17 września 1939 r.

Uroczystość podpisania traktatu ryskiego, 18 marca 1921 r.

Traktatu ryskiego oficjalnie nikt nie wypowiedział, ale większości jego punktów dawno jest nieaktualna. Kwestie nowej granicy z Sowietami ustalono w znacznej mierze w 1945 r. Z kolei jeszcze przed wojną załatwiono sprawy z wymianą jeńców. Gorzej wyszła „repatriacja”, gdyż u Sowietów ostatecznie pozostało ok. 1,5 mln Polaków, którzy w większości doświadczyli piekła Operacji Polskiej z 1937 r. Warszawa ma jednak ciągle pełne prawo domagać się otrzymania wskazanych w traktacie ryskim dóbr i pieniędzy, ale szanse na to są marne.

Wprawdzie roszczenia o zwrot zagrabionych skarbów się nie przedawniają i podstawą roszczeń mógłby być tutaj również zwyczaj międzynarodowy, to już w przypadku pozostałych zobowiązań Rosji wynikających z traktatu ryskiego (czyli 30 mln rubli w złocie), to domyślam się, że w razie oficjalnego podniesienia tej kwestii na arenie międzynarodowej strona rosyjska twierdziłaby, że dotychczasowa praktyka w dwustronnych relacjach wskazywałby, że ta umowa od dłuższego czasu nie obowiązuje. Paradoksalnie jednak to Polska miałaby więcej podstaw, aby wypowiedzieć traktat ryski, gdyż to strona sowiecka (rosyjska) rażąco i notorycznie go łamała. I może warto tak zrobić? Summa summarum jeżeli Warszawa chciałaby uznać postanowienia traktatu ryskiego za nieobowiązujące i pogwizdać na te 30 milionów rubli w złocie (których umówmy się i tak byśmy się nie dostali), to wtedy formalnie polskie prawa do granicy z 1772 r. nadal istnieją.

Jedna Rzeczpospolita wielu państw

Dzisiaj granica sprzed I rozbioru przebiega w znacznej mierze przez terytorium Ukrainy, Litwy i Białorusi. Kwestie graniczne z tymi państwami mamy uregulowane w traktatach o przyjaźni i dobrym sąsiedztwie, które przewidują możliwość ich wypowiedzenia. Jednak Polska ze swoimi roszczeniami z prawnego punktu widzenia wojny rozpocząć nie może (chyba że to by nas napadnięto albo Rada Bezpieczeństwa ONZ zgodziła się na naszą interwencję).Cóż zatem począć ze świeżo odzyskanymi naszymi prawami do potężnego terytorium? Są dwie opcje.

Mapa rozmieszczenia ludności polskiej na obszarze dawnej Rzeczpospolitej na pocz. XX w.

Można przyjąć pewną fikcję, że Polska tak naprawdę rozciąga się hen po Dniepr i zacząć np. rozdawać polskie paszporty wszystkim osobom mieszkającym do granicy z 1772 r., tworzyć tam osobne okręgi wyborcze, w których wybierano by posłów i senatorów, domagać się na arenie międzynarodowej tworzenia tam regionów autonomicznych i w końcu sprowokować sytuację kryzysową na tle praw do tych terytoriów, której rozstrzygnięciem zająłby się jakiś trybunał międzynarodowy. Zresztą mniej więcej w podobnym kierunku idzie polityka Węgier w stosunku do obszarów, które od nich odpadły po 1920 r.

Osobiście wolałbym jednak coś innego. Polska owszem jest sukcesorem prawnym I RP, ale czy koniecznie musi być jednym? O ile lepsze byłby nasze stosunki z sąsiadami ze wschodu; o ile bardziej Polacy, Ukraińcy, Białorusini i Litwini zbliżyliby się do siebie, gdyby wszyscy oni poczuli się spadkobiercami I Rzeczpospolitej. Są pewne jaskółki zwiastujące takie próby nawiązania do dziedzictwa wielonarodowościowego państwa, ale prawnie żaden z tych krajów, nawet Litwa, nie jest sukcesorem tamtej Rzeczpospolitej. Dlatego Polska mogłaby wykonać prosty gest i jednostronnie uznać, że prawa do granicy z 1772 r. posiadają również nasi wschodni sąsiedzi. Tym samym potraktować naszą historyczną i prawną legitymację, jako coś przynależnego także Litwie, Białorusi i Ukrainie - równoprawnym współdziedzicom I RP.

W ten sposób, z jednej strony przecięłoby się wykorzystywane przez rosyjską propagandę spekulacje, o polskim rewizjonizmie i chęci aneksji Lwowa czy Wilna, i jednocześnie otworzyłoby się drogę do obudzenia współodpowiedzialności naszych sąsiadów za dziedzictwo I Rzeczpospolitej, nawiązania z tego tytułu współpracy m.in. w kwestii odzyskania zagrabionych np. w czasie potopu skarbów czy ratowania, do tej pory kojarzonych jedynie z Polską, ale tak naprawdę wspólnych zabytków kultury materialnej, jak tamtejsze dwory, pałace czy zamki. Z czasem mogłaby w ten sposób powstać przestrzeń kulturowa, w której dziedzictwo Rzeczpospolitej byłoby ciągle żywe, a to na pewno znalazłoby swoje odbicie w bliższych relacjach między tymi państwami.

Uznajmy zatem I Rzeczpospolita to nie tylko Polska i jej prawa przechodzą nie tylko na nas, ale też na pozostałe państwa powstałe na tym obszarze. Byłoby to działanie w duchu koncepcji federacyjnej Józef Piłsudskiego i naprawienie błędu ryskiego z 1921 r.





Komentarze

Udostępnij ten artykuł
Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu

Skomentuj artykuł

Przedłuż subskrypcję, aby dodać komentarz.

Polecane artykuły
pokaż wszystkie artykuły
Reklama
Wszelkie prawa zastrzeżone. © 2017 Kurier Historyczny. Projekt i wykonanie:logo firmy MEETMEDIA