cookies

Używamy informacji zapisanych za pomocą cookies i podobnych technologii m.in. w celach reklamowych i statystycznych oraz w celu dostosowania naszych serwisów do indywidualnych potrzeb użytkowników. Mogą też stosować je współpracujące z nami podmioty. W przeglądarce można zmienić ustawienia dotyczące cookies. Korzystanie z naszego portalu bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia. Jeżeli nie zgadzasz się na używanie cookies możesz również opuścić naszą stronę. Więcej informacji w naszej polityce prywatności (https://kurierhistoryczny.pl/polityka-prywatnosci,7).

Czy wybitni rządzący są Polsce potrzebni?

Antoni Bzowski, 03.10.2018

Plakat wyborczy BBWR z Józefem Piłsudskim

To, że tylko jeden z polskich król miał przydomek „wielki” może prowadzić do smutnej konstatacji, że mieliśmy dziejowego pecha. W takiej Rosji w przeciągu jednego stulecia znalazł się „Wielki” Piotr, a następnie „Wielka” Katarzyna. Idąc dalej, nasi prezydenci zarówno II, jaki i III RP jak na razie nie zostali ocenieni jako „wielcy”. Tylko czy dla państwa polskiego jest to aż tak ważne?

Król królowi nierówny

Porównując naszych monarchów należy zdać sobie sprawę, że na przestrzeni dziejów każdy z nich funkcjonował w zupełnie innych warunkach. Pomiędzy monarchią patrymonialną Piastów a parlamentarną królów elekcyjnych jest różnica taka jak z Warszawy do Władywostoku. Tak samo oceny dokonań władców przez potomnych chadzają swoimi ścieżkami. Bolesława Chrobrego oceniono pozytywnie zapominając, że katastrofa jego syna była de facto spadkiem po tatusiu. Bolesław Śmiały, pomimo konieczności ucieczki z ojczyzny po zabiciu biskupa Stanisława ze Szczepanowa długo był postrzegany jako dobry król. Dopiero kanonizacja jego ofiary popsuła nieco ten obraz. Dużo zachwytów było z kolei związanych z panowaniem Zygmunta III Wazy. Bardziej krytyczna refleksja nadeszła dopiero w następnych dziesięcioleciach. Już do skrajności doszły natomiast oceny epoki dwóch Sasów na naszym tronie. Choć wielu im współczesnych uznawało ich za władców idealnych, to dziś przeważnie widzi się ten czas jako moment największego upadku.

Potęga Rzeczpospolitej u zenitu. Obraz Jana Matejki

Jednakże należy przy tym zwrócić uwagę na pewne rzeczy. Przy Piastach i Jagiellonach mamy do czynienia z dynastią. Przy tych pierwszych w ogóle nie ma elementu demokratycznego (chyba, że odwołamy się do Piasta Kołodzieja) i władza przechodzi z ojca na syna, względnie tego, któremu bardziej zależy na jej zdobyciu. Przy Jagiellonach ten aspekt, nazwijmy to selekcji naturalnej, zostaje zastąpiony przez demokratyczne wskazanie szlachty spośród potomków Giedymina. Następnie to już tylko szlachta wybiera króla, zwanego przez niektórych nie bez powodu „dożywotnim prezydentem”.

System panujący za Piastów generował często wojny domowe. Gdy władcy narodziło się kilku synów, to już można było być pewnym, że każdemu z nich zechce się być tym najważniejszym. Wyjściem z tej sytuacji miała być ustawa sukcesyjna Bolesława Krzywoustego, która w rezultacie jednak zamiast rozwiązać problem tylko go pogłębiła. Za Jagiellonów mamy już pewną stabilność. Obywatele współdecydują (rodzi się parlamentaryzm), król również ma niemałą pozycję. Nie ma walki o władzę, choć między braćmi i owszem, lecz jako władcami czy kandydatami do korony w innych państwach, co samo w sobie należy uznać za pewien postęp. Wszystko to funkcjonuje w miarę sprawnie do momentu pojawienia się monarchii elekcyjnej, w której król zostaje zmarginalizowany względem obywateli, z czym się zazwyczaj nie godzi, bo nikomu nie chce się być „władcą malowanym”.

Fragment obrazu Bernarda Bellotto "Elekcja Stanisława Augusta"

A teraz jeżeli porównamy do siebie sylwetki królów z systemu jagiellońskiego i elekcyjnego, to możemy dojść do konstatacji, że ci drudzy wcale nie byli gorsi. Stefan Batory w swoich umiejętnościach wojskowych, politycznych, myślenia strategicznego przewyższał każdego z Jagiellonów. Niegorszy od nich był na pewno Władysław IV (po kądzieli też Jagiellon). Od jagiellońskiej średniej nie odchodzili Sobieski i wbrew pozorom dwaj Sasi. Tymczasem jednak pozycja Rzeczpospolitej to równia pochyła i winą za to można obarczyć system, który powodował, że władcy zamiast skupiać się na rządzeniu starali się zapewnić następstwo tronu synowi lub poszerzyć swoją władzę. Zatem nie kadry są najważniejsze, jak przekonywał marszałek Stalin, a system? Nie do końca.

Problem elit

Wybitny historyk, profesor Janusz Tazbir uznawał, że elitę z prawdziwego zdarzenia Polska ostatni raz miała w XVI w. Ten okres w naszych dziejach nazywamy Złotym Wiekiem nie tylko dlatego, że byliśmy potęgą gospodarczą i polityczną, lecz również z tego względu, że gdzie się nie obejrzało tam aż roiło się od wybitnych jednostek. Kochanowski, Kopernik, Modrzewski, Rej, Tarnowski, Zamoyski – oni wszyscy żyli w jednym stuleciu w Polsce. Nasze państwo odwołujące się coraz silniej do wzorców antycznych stawało się kuźnią myślenia obywatelskiego, politycznego, perłą renesansu, kształtującą swój własny niepowtarzalny styl. Początkowo w XVII w. mamy tego kontynuacje, która została w pewnym momencie zaburzona. Przyczyn tego było co najmniej kilka. Zarówno Frycz-Modrzewski, jak i Zamoyski zgadzali się, co do tego, że „takie będą Rzeczypospolite jakie ich młodzieży chowanie”, tymczasem w XVII w. polskie uczelnie przeżywają potężny kryzys. Nakłada się na to kontrreformacja, która ogranicza prawa innowierców, przy okazji ograniczając swobodę dyskursu i rozwój intelektualny. Najlepiej jest to widoczne na przykładzie ariańskiej stolicy – Rakowa. Dziś jest to podrzędna mieścina, a na początku XVII w. ośrodek naukowy zanany w całej Europie.

Proces intelektualnego demontażu, wpadania w utarte schematy, co najlepiej objawiło się, że tylu wrogów Rzeczpospolitej ostatnimi czasy namnożyło się było związane z przeświadczeniem, że to państwo jest czymś idealnym, a skoro idealnym, to nie musi się ona zmieniać, a wszyscy dookoła chcą ją zniszczyć. Skutki takiego myślenia doprowadziły do spotęgowania zapóźnień do krajów Europy Zachodniej, które do dziś musimy niwelować. Kolejną konsekwencją był również dobrze nam znany podział społeczeństwa – wojna polsko-polska, tocząca się między dwoma grupami – zapatrzonych w Zachód modernistów i tych niechętnych wobec wszelkich nowinek z zewnątrz.

Batory pod Pskowem. Obraz Jana Matejki

Nie muszę chyba wspominać, jak te procesy są degenerujące. To one oddalają od „elit” poczucie nie tylko wspólnotowości, ale też dobra wspólnego. Nie musi ono stać w sprzeczności z realizacją prywatnego interesu, ważne jednak, żeby przyjemne łączyć z pożytecznym. Przecież Jan Zamoyski tworząc Zamość myślał o chwale własnej i własnego rodu, ale przecież w tym Zamościu stworzył np. akademię, która miał budować „przyszłe Rzeczpospolite”. Kanclerz i jemu podobni czuli odpowiedzialność za losy kraju na kilka dziesięcioleci. W następnych pokoleniach nierzadko już myślano jedynie o sprawach na następny sejm.

Kierowanie się racją stanu

Postać jednostkowego męża stanu niekiedy może być kluczowa dla wyciągnięcia z kryzysu. Napoleon z izolowanej po rewolucyjnej Francji uczynił pretendenta do hegemonii światowej, Józef Piłsudski walnie przyczynił się do utrzymania świeżo odzyskanej niepodległości i osobiście zawiadywał całym system państwowym. We wszystkich tych wypadkach pojawił się jednak problem, co potem. W Polsce po Piłsudskim zabrakło postaci, które mogłyby utrzymać niepodległość państwa. System napoleoński rozpad się jeszcze przed śmiercią jego twórcy.

Warto przy tym wskazać, kto pokonał Napoleona za życia i Piłsudskiego po śmierci. W pierwszym przypadku była to przede wszystkim Anglia, która od początku montowała koalicje antyfrancuskie. Na jej czele stał król Jerzy III wykazujący objawy choroby psychicznej. Polskę Piłsudskiego zniszczyły Niemcy i Rosja Sowiecka, jednak to ta druga roztoczyła ostatecznie kuratelę nad całym jej terytorium. Jak na imperium to Rosja Sowiecka rozpadła się bardzo szybko, lecz wadliwy system nie spowodował, że zaburzone zostało tam rosyjskie myślenie imperialne. W wersji angielskiej występowało ono też na Wyspach. Wspólny dla wszystkich cele, konsens, co do najważniejszych zadań powodował, że niezależnie, kto rządził była realizowana jedna polityka.

Ważniejsze zatem od personaliów pojedynczych władców jest to na ile prowadzone są przez rządzących działania zgodne z racją stanu. Czy tak będzie jest w znacznej części zależne od odpowiedzialności elit, które w tym duchu powinny wyznaczać kierunki rozwoju państwa.





Komentarze

Udostępnij ten artykuł
Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu

Skomentuj artykuł

Przedłuż subskrypcję, aby dodać komentarz.

Polecane artykuły
pokaż wszystkie artykuły
Reklama
Wszelkie prawa zastrzeżone. © 2017 Kurier Historyczny. Projekt i wykonanie:logo firmy MEETMEDIA