cookies

Używamy informacji zapisanych za pomocą cookies i podobnych technologii m.in. w celach reklamowych i statystycznych oraz w celu dostosowania naszych serwisów do indywidualnych potrzeb użytkowników. Mogą też stosować je współpracujące z nami podmioty. W przeglądarce można zmienić ustawienia dotyczące cookies. Korzystanie z naszego portalu bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia. Jeżeli nie zgadzasz się na używanie cookies możesz również opuścić naszą stronę. Więcej informacji w naszej polityce prywatności.

Piątek, 19.08.2022

Czy Polska powinna była przegrać I wojnę światową?

Andrzej Jaworski, 11.11.2020

Marszałek Foch przyjmuje niemiecką delegacje w Compiegne. Obraz Maurice'a Pillarda Verneuila

Polska zdecydowanie wykorzystała swoją szansę, jaka się pojawiła podczas I wojny światowej. Polacy wspierali wszystkie strony tego konfliktu, ale czy gdyby gremialnie opowiedzieli się za jedną opcją i w dodatku tą przegraną, to czy rzeczywiście nie odzyskalibyśmy niepodległości albo nasza sytuacja międzynarodowa byłaby gorsza?

Przeciwnego zdania był na pewno Władysław Studnicki – pisarz polityczny, publicysta, niedawno przypomniany przez Piotra Zychowicza w książce Germanofil. Studnicki był bowiem największym polskim germanofilem. Nie był stały w wyborach opcji politycznej, gdyż w swoim życiu przechodził ciągle od jednego ugrupowania do drugiego, od lewicy do prawicy, ale stały był na pewno w swoim uwielbieniu dla Niemiec. Wierzył, że właśnie sojusz z Berlinem da Polakom nie tylko niepodległość, ale również wielkość – znaczącą pozycję w tej części Europy. Tej idei był wierny do końca życia, nawet w czasie brutalnej okupacji niemieckiej w trakcie II wojny światowej. Skądinąd w pracy „Wobec nadchodzącej II wojny światowej” przewidział tragiczny los Polski po 1939 roku. Jednak apogeum swoich wpływów osiągnął podczas I wojny światowej. W 1916 roku przekonał generała-gubernatora Hansa Beselera, że Polska może dać państwo centralnym nawet milionową armię. Ale trzeba najpierw tę Polskę stworzyć.

Więcej o postaci Władysława Studnickiego można dowiedzieć
się z książki Germanofil

Co ciekawe, podobnie myślała część niemieckich elity, w tym cesarz Wilhelm II. Kajzera kojarzy się najczęściej z firmowania akcji germanizacyjnych w zaborze pruskim, ale Hohenzollern miał także propolską twarz. Jego ulubionym malarzem był Wojciech Kossak, a przyjacielem i powiernikiem hrabia Bogdan Hutten-Czapski. To temu ostatniemu w przeddzień wybuchu Wielkiej Wojny cesarz powiedział:

Postanowiłem, o ile Pan Bóg użyczy zwycięstwa naszemu orężowi, odbudować samodzielne państwo polskie, w związku z nami, co na zawsze zabezpieczyłoby Niemcy od Rosji.

Zbieżne to było z koncepcją Mitteleuropy – pasa państw w Środkowej Europie, który oddzielałby Niemcy od Rosji i stanowiłby rynek zbytu dla niemieckich towarów. To jak miała konkretnie wyglądać Polska w niemieckiej Europie nie precyzowano. Na pewno nie byłaby w pełni samodzielna i na pewno nie miałaby co liczyć na Wielkopolskę, Pomorze czy Śląsk w swoich granicach.

Entuzjastom pomysłu stworzenia zależnej od Niemiec Polski, zwłaszcza po namowach Studnickiego był gen. Hans von Beseler. Zbiegało się to z pragnieniami niemieckich sztabowców, którym marzył się „milionowy polski rekrut”. W efekcie 5 listopada 1916 roku w imieniu cesarzy niemieckiego i austriackiego generałowie-gubernatorzy Hans von Beseler i Karl von Kuk wydali akt, w którym obwieścili wolę monarchów utworzenia „samodzielnego państwa polskiego z dziedziczną monarchią i konstytucyjnym ustrojem”, które będzie w „łączności” z Niemcami i Austro-Węgrami.

Początkowy entuzjazm, jaki wywołała ta deklaracja szybko opadł, gdy po czterech dniach zamiast od formowania polskiej władzy i administracji okupanci przystąpili do tworzenia polskiej armii, która siłą rzeczy musiała znaleźć się pod niemiecką komendą. Szybko spostrzeżono, że cała gra dotyczy głównie „polskiego rekruta”. Zresztą zabiegi o pozyskanie polskich żołnierzy czyniono już od pewnego czasu. Generał Erich Ludendorff po bitwie pod Kostiuchnówką, w której odznaczyły się polskie Legiony mówił:

Wzrok mój znowu zwraca się na Polskę. Polak to dobry żołnierz […]. Gdy Austria zawodzi, my musimy postarać się o nowe siły […]. Trzeba zrobić Wielkie Księstwo Polskie z Warszawą i Lublinem, a następnie armię polską pod niemieckim dowództwem”.

Cesarz Wilhelm II w Warszawie, 1916 r.

Austriacy od 1915 roku starali się rozbudowywać Legiony, co popierał nadzorujący je Naczelny Komitet Narodowy. Przeciwny temu był natomiast Józef Piłsudski. Nie chciał wiązać się za bardzo z państwami centralnym i po zajęciu przez Niemców i Austriaków Kongresówki szukał już powoli sposobności, by zerwać te sojusz. Dlatego też zaczął rozbudowywać swoją tajną armię – Polską Organizację Wojskową – niezależną od komendy „sojuszników”. Okazja do zerwania sojuszu nadarzyła się wraz z przedstawieniem roty nowej przysięgi - na wierność sojuszowi z cesarzami. Większość I i III Brygady zaprotestowała, czego konsekwencją było dla nich internowanie lub wcielenie do armii austriackiej. Piłsudskiego z kolei osadzono w Magdeburgu. W ten sposób jako więzień Niemców i nie mógł uchodzić za ich sojusznika, co na pewno pomogło sprawie polskiej po I wojnie światowej, gdy Komendant stanął na czele odrodzonego państwa polskiego.

Taki obrót spraw jednak mocno zirytował Władysława Studnickiego, nazywanego często „ojcem duchowym” Aktu 5 listopada. Znamienna jest scena, jaka miała miejsce na Zamku Królewskim w Warszawie w momencie ogłoszenia tej proklamacji. Większość zgromadzonych krzyczała „Niech żyje Polska!”, a Studnicki „ Niech żyje cesarz Wilhelm!”. Nie wywołało to zbytniego entuzjazmu i zostało zagłuszone przez propolskie okrzyki. Studnicki jednak doskonale wiedział, że dzięki cesarzowi tego święta by nie było, a sam akt jest doskonałą dla Polski okazją. Nie chodziło tylko stworzenie polskiej administracji, co w końcu też nastąpiło, ale właśnie o to na czym Niemcom zależało najbardziej, czyli wojsku. Studnicki nawet po latach twierdził,że gdyby wówczas Polacy masowo zaczęli się zgłaszać do formującej się pod niemieckimi auspicjami armii polskiej, to sytuacja Polski w 1918 roku byłaby daleko lepsza i to nawet gdyby Niemcy i Austro-Węgry przegrały tę wojnę. Jak to możliwe?

Zauważmy, że nie wszystkie państwa, jakie powstały po 1918 roku zostały stworzone z błogosławieństwem Ententy. Mam tu na myśli np. Litwę, która powstała na obszarze okupowanym przez Niemców i początkowo miała być królestwem, którego królem byłby książę niemiecki Wilhelm von Urach. Gdy Niemcy przegrały wojnę, to jednak Ententa nie zgodziła się na chociażby przyłączenia tego obszaru do Rzeczypospolitej. Tylko w myśl zasady samostanowienia narodów opowiadano się za niepodległością Litwy, choć co do zasady uznawano ją za państwo będące w obozie pokonanych.

Trzeba jednakże przyznać, że w 1916 roku wcale nie było takie oczywiste, że zwycięska koalicja będzie lansować koncepcję samostanowienia narodów. Ale już to, że sprawna i wielka armia jest w stanie dyktować warunki – tak. I załóżmy zatem, że na obszarach dawnego zaboru rosyjskiego Niemcy albo lepiej - polska administracja przy patronacie Józefa Piłsudskiego, który zamiast POW woli rozbudowywać Polnische Wehrmacht, przeprowadza wielką mobilizację do polskiego wojska.

W przeciągu roku-dwóch powstaje może nie milionowa armia, ale jedna czwarta z tego, co i tak jest dużo. W naszym scenariusz i tak musimy założyć przegraną państw centralnych, dlatego Niemcy przerzucają ze wschodu na zachód swoje siły, lecz to nie odwróca losów tego konfliktu.

11 listopada 1918 roku w Compiegne Niemcy podpisują zawieszenie broni. Z kolei w Polsce Rada Regencyjna już 7 października proklamowała niepodległość Polski. Obydwa wydarzenia miały miejsce naprawdę, lecz tym razem paradoksalnie Polska jest w dużo lepszej sytuacji. Wprawdzie jest postrzegana jako sojusznik Niemiec, ale nad Wisłą siły niemieckie są śladowe. Dalej na wschód jest ich więcej, ale dużo mniej niż w rzeczywistości było Ober-Ostu. Miejsce Niemców w ostatnich miesiącach wojny zajęły po prostu świeżo sformowane oddziały Wojska Polskiego. Józef Piłsudski ma zatem wyposażoną i sprawną armię, z którą może ruszać ku granicom dawnej Rzeczypospolitej. Dla porównania pod koniec 1918 roku Naczelnik Państwa dysponował jedynie 30 tysiącami żołnierzy i to w dodatku niezbyt dobrze uzbrojonymi. Teraz przy uwzględnieniu oddziałów z wyzwolonej po upadku Austro-Węgier Galicji jest to aż dziesięciokrotnie większa armia!

Wojsko niemieckie w Kijowie, 1 marca 1918 r.

Problem stanowi jednak Pomorze i Wielkopolska. O ile raczej nie należało się obawiać likwidacji Polski z woli Ententy, to już nie przyznawanie nam terytorium zaboru pruskiego czy Górnego Śląska byłoby realnym zagrożeniem. Wywołanie sterowanego z Warszawy powstania na tych ziemiach nie wchodziło w grę. Przy pozbawionej wsparcia Zachodu konfrontacja Polski z Niemcami mogła skończyć się źle. W najlepszym razie można było zatem liczyć na utworzenie w Wielkopolsce jakiejś nowej wersji Wielkiego Księstwa Poznańskiego czy rozszerzonej odmiany Wolnego Miasta Gdańska. A Pomorze i Górny Śląsk to w tym scenariuszu tereny nie dla Polski.

Z drugiej strony, Rzeczypospolita posiadając silną i całką sporą armię mogła nie liczyć się z naciskami Ententy w kwestiach wschodnich. I tak: Litwa w starciu z Polską nie miała większych szans. Nacjonaliści litewscy zostają zdmuchnięci ze szczytów litewskich władz, a ich miejsce zajmuje propolska ekipa Stanisława Narutowicza, który doprowadza do odnowienia unii polsko-litewskiej. Na południu z kolei udaje się utworzyć Ukraińską Republikę Ludową, bowiem wojna z bolszewikami nie przekracza linii Bugu, a kończy się ostatecznie na linii Dniepru i Berezyny.

Mówi się, że można przegrać zwycięstwo, ale jak widać można także czasami wygrać klęskę. W rezultacie bowiem naszego masowego poparcia państw centralnych pod koniec Wielkiej Wojny mamy państwo rozleglejsze, federacyjne, z buforami oddzielającymi od Rosji, choć bez Pomorza, Śląska czy Wielkopolski. Ale tu nie można przecież wykluczyć, że przy sprzyjającej koniunkturze międzynarodowej Rzeczpospolita nie byłaby w stanie sięgnąć po te ziemie. Może zatem Studnicki także w kontekście I wojny światowej miał rację?

Artykuł inspirowany książką Piotra Zychowicza pt. Germanofil.





Udostępnij ten artykuł

,

Polecane artykuły
pokaż wszystkie artykuły
Reklama
Wszelkie prawa zastrzeżone. © 2017 Kurier Historyczny. Projekt i wykonanie:logo firmy MEETMEDIA