cookies

Używamy informacji zapisanych za pomocą cookies i podobnych technologii m.in. w celach reklamowych i statystycznych oraz w celu dostosowania naszych serwisów do indywidualnych potrzeb użytkowników. Mogą też stosować je współpracujące z nami podmioty. W przeglądarce można zmienić ustawienia dotyczące cookies. Korzystanie z naszego portalu bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia. Jeżeli nie zgadzasz się na używanie cookies możesz również opuścić naszą stronę. Więcej informacji w naszej polityce prywatności.

Co z Konstytucji 3 Maja mogłoby nadal obowiązywać?

Antoni Bzowski, 03.05.2020

Fragment obrazu "Konstytucja 3 Maja 1791 roku" Jana Matejki

Choć jesteśmy dumni z Konstytucji 3 Maja, to raczej mało kto sobie wyobraża, aby mogła ona nadal obowiązywać. Niewątpliwie, wiele z jej postanowień wydaje się być dziś anachronicznych, ale pewne rozwiązania mogłyby się sprawdzić nawet teraz.

Co do wyrzucenia?

Poprzedzająca polską, konstytucja Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej jest niezmiennie od 1776 roku najwyższym prawem w USA. Zresztą jak na tak długi okres trwania nie była ona specjalnie często zmieniana i wydaje się być jedną z lepszych ustaw zasadniczych na świecie. Jeżeli chodzi o naszą Konstytucję 3 Maja, to tak dobrze niestety nie jest. Opiera się ona w wielu miejscach na regulacjach, które raczej dziś by nie przeszły. Nie ma już bowiem np. szlachty, mieszczan i chłopów. Wszyscy są równi wobec prawa i odwracanie tego procesu jest nie tylko bezsensowe, co z powodu wymieszania się społeczeństwa, średnio możliwe.

Notabene pod tym względem został zrealizowany cel Konstytucji 3 Maja, jakim było „powszechne uszlachcenie”. Oświeceniowi polscy myśliciele postulowali stopniowe poszerzanie stanu szlacheckiego, tak by ostatecznie całe społeczeństwo objęły jego przywileje. Stąd w Konstytucji 3 Maja zostały wskazane dosyć szerokie możliwości uzyskania szlachectwa przez mieszczanom.

Podobnie zatem rację bytu traciłby wybór posłów przez sejmiki szlacheckie czy podział sądownictwa ze względu na stany. I raczej trudno sobie wyobrazić, pomimo wciąż ważnej roli społecznej, by religia katolicka była w Polsce religią panującą, a apostazja przestępstwem.

Co zostaje?

Co zatem z Konstytucji 3 Maja mogłoby się sprawdzić? Jej esencja, czyli system sprawowania rządów. Jak wiadomo z lekcji historii, pierwsza polska ustawa zasadnicza wprowadziła trójpodział władzy. Oczywiście, dziś też taki mamy, ale śmiem twierdzić, że ten z 1791 roku był jednak dużo lepszy. Zauważmy, że w Polsce władza wykonawcza i ustawodawcza są ściśle ze sobą połączone. W praktyce oznacza, to że sejm bardzo często sprowadzany jest do roli maszynki do głosowania dla rządu czy partii rządzącej. W Konstytucji 3 Maja wyglądała to zgoła inaczej.

Uchwalenie Konstytucji 3 maja 1791 roku na obrazie Kazimierza Wojniakowskiego

Tu parlament, zwany Sejmem, składa się jak teraz z dwóch izb: Izby Poselskiej i Senatu. Tę pierwszą miano wyłaniać w sejmikach szlacheckich, ale wobec zniesienia stanowego społeczeństwa nic chyba nie stoi na przeszkodzie, by obowiązywały wybory powszechne i bezpośrednie. Podobnie można było wybierać sędziów, co w Konstytucji 3 Maja także pozostawiono sejmikom. Tym samym Izba Poselska byłaby odzwierciedleniem preferencji wyborczych obywateli, czyli standard. Inaczej by jednak wyglądał Senat. Tu nie byłoby wyborów. W nim mieli zasiadać biskupi, wojewodowie, kasztelanowie i ministrowie. Przenosząc to na naszą rzeczywistość, mogli to być zatem przedstawiciele samorządu, administracji rządowej i największych związków wyznaniowych. Kompetencje Senatu w Ustawie Rządowej były jednak niewielkie. Istniałoby podobne jak dziś weto, które nie powodowałoby uchylenia ustawy, lecz ta wracałaby do powtórnego głosowania w Izbie Poselskiej. Obie izby jednak decydowały np. w większością 2/3 o odwołaniu ministra, a to powodowało że głosy senatorów też by miały swoją wagę.

Króla nam trzeba!

Ciekawe rozwiązania Konstytucja 3 Maja proponowała także w zakresie władzy wykonawczej. Jeżeli miałby one dziś obowiązywać, to by oznaczało że Polska znów byłaby monarchią. I nie byłaby to wcale nic nieznacząca na scenie politycznej atrakcja turystyczna, jaką znamy dziś z Europy Zachodniej. Król miałby realne, a nie tylko symboliczne kompetencje. Stałby na czele Straży Praw, przez którą mógłby przeforsowywać swoje decyzje. Musiałyby one jednak mieć kontrasygnatę odpowiedniego ministra, a ten miał prawo jej odmówić. Ale koniec końców to król mianował tychże ministrów.

Widok Warszawy z tarasu Zamku Królewskiego na obrazie Canaletta

Raczej jednak nie zbyt fortunny jest pomysł z pierwszej naszej konstytucji dwustopniowego rządu. Straż Praw nie była bowiem odpowiednikiem Radą Ministrów. W jej skład prócz króla wchodził też prymas jako głowa duchowieństwa i przewodnicy Komisji Edukacji Narodowej, a także pięciu ministrów nominowanych przez władcę: jeden z marszałków jako minister policji , jeden z kanclerzy jako minister pieczęci do spraw wewnętrznych, drugi jako minister spraw zagranicznych, jeden z podskarbich jako minister skarbu. W obradach, ale bez prawa głosu mogli dodatkowo uczestniczyć: następca tronu i marszałek sejmu. Ci ministrowie nie stali jednak na czele ministerstw, wówczas nazywanych komisjami. Komisje były organami kolegialnymi, których członków wybierał Sejm. Jednocześnie Komisje podlegały Straży Praw. Nie jest to zatem najwygodniejsza forma sprawowania rządów. Już lepiej, żeby to król mianował resortowych ministrów, którzy tak jak to było w Konstytucji 3 Maja odpowiadaliby przed Sejmem. Jeżeli z kolei do odwołania ministra wystarczyłaby większość sejmowa nie 2/3, a połowy składu plus jeden, to król i większość parlamentarna musiałaby ze sobą współpracować.

Trochę to przypomina system amerykański, ale o ile w Stanach swój gabinet formuje obieralny prezydent, to w Rzeczpospolitej byłby to dożywotni król. Jednak Konstytucja 3 Maja nie przyznawała monarsze samodzielnej władzy. Jak głosiła Ustawa Rządowa:

Nic sam przez się nie czyniący, za nic w odpowiedzi narodowi być nie może. Nie samowładzcą, ale ojcem i głową narodu być powinien i tym go prawo i konstytucya niniejsza być uznaje i deklaruje.

Stanisław August Poniatowski w stroju koronacyjnym

Jest to wręcz sytuacja idealna. Król nie jest tylko historycznym symbolem jak w Wielkiej Brytanii, bo jako przewodniczący Straży Praw ma realny wpływ na politykę. Nie może jednak nic zrobić wbrew większości sejmowej, ta z kolei musi się z nim liczyć, bo to on stoi na czele rządu. I tu się też sprawdza podstawowa zaleta monarchii. Król nie myślałby o przyszłych wyborach, a o przyszłych pokoleniach. Zmorą polskiej demokracji jest to, że wraz z nadejściem nowej ekipy są przerywane i wyrzucane do kosza projekty poprzedników. Tu nie miałoby to miejsca. Co więcej, Konstytucja 3 Maja dużą wagę przywiązywała do kwestii przygotowania następcy tronu do panowania. Od najmłodszy lat miał on być zaznajamiany z trudną sztuką kierowania wielkim państwem i z najważniejszymi dla niego sprawami.

Naturalnie, ktoś może zarzucić, że w takim układzie zwycięska w wyborach większość nie będzie mogła w pełni realizować swojego programu, bo zawsze będzie się musiała liczyć z opinią władcy. Co prawda, wbrew niemu zapewne byłoby możliwe przeforsowanie wszystkich pomysłów, ale koszty polityczne byłby tego zbyt wielkie. Jednak rządzenie państwem nie powinno chyba polegać na tym, że raz jedna, raz druga strona narzuca swoje rozwiązania. W takim wypadku zawsze znaczna część społeczeństwa będzie niezadowolona. Celem winien być kompromis, stworzenie państwa, które jest dobrym miejsce do życia dla wszystkich obywateli, a monarchia tylko może to ułatwić.

Są też inne zalety tego systemu. Jest przede wszystkim taniej. Nie trzeba rozpisywać co kilka lat wyborów. Wcale nie ma też konieczności utrzymywania wielkiego dworu i nie wiadomo jakich posiadłości na koszt podatnika. Wystarczy siedzibę głowy państwa z Pałacu Namiestnikowskiego przenieść do Zamku Królewskiego, ośrodki prezydenckie zamienić na królewskie i już wygląda to całkiem przyzwoicie. A patrząc na przykłady współczesnych monarchii, to są one nie tylko tanie, ale nawet przynoszą zyski ze sprzedaży pamiątek.

Największy problemem byłoby jednak to kto miałby zostać tym królem. Konstytucja 3 Maja przewidywała, że tron dziedziczny przypadnie elektorowi saskiemu Fryderykowi Augustowi, który jednakże w tym czasie nie miał syna, lecz córkę Marię Augustę i jeżeli ten stan by się nie zmienił, tj. nie pojawiłby się męski potomek, to Sejm wybrałby jej męża i tak zapoczątkowanoby nową dynastię. To oczywiście się nie stało, gdyż Konstytucję uchylono, a Maria Augusta zmarła niezamężna i bezdzietna. Dziś można szukać kandydatów do korony wśród bocznych linii Wettynów, ale raczej to nie jest dobry pomysł. Jeżeli władca ma realnie uczestniczyć w polityce, to musi to być osoba dobrze znająca sytuację polityczną w Polsce. Można zatem poszukać kandydata wśród polskich rodów arystokratycznych. W poprzednich dziesięciolecia często wysuwano przedstawicieli rodu Czartoryskich, jako „braci i krewniaków Jagiellonów”. Ponadto Czartoryskim po kądzieli był ostatni król Polski Stanisław August. Można też ogłosić królem osobę spoza dawnej arystokracji, ale cieszącą się powszechnym autorytetem. W ten sposób powstałaby nowa dynastia.

Nic na razie jednak nie wskazuje na to, aby doszło zmiany konstytucji i wprowadzenia podobnych przepisów. Być może, gdyby pojawiłby się szanowany przez społeczeństwo kandydat na króla, to sprawa wyglądałaby inaczej. Na razie, jak tak tu to zostawię – może kiedyś się jeszcze przyda.





Komentarze

Udostępnij ten artykuł
Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu

Skomentuj artykuł

Przedłuż subskrypcję, aby dodać komentarz.

Polecane artykuły
pokaż wszystkie artykuły
Reklama
Wszelkie prawa zastrzeżone. © 2017 Kurier Historyczny. Projekt i wykonanie:logo firmy MEETMEDIA