cookies

Używamy informacji zapisanych za pomocą cookies i podobnych technologii m.in. w celach reklamowych i statystycznych oraz w celu dostosowania naszych serwisów do indywidualnych potrzeb użytkowników. Mogą też stosować je współpracujące z nami podmioty. W przeglądarce można zmienić ustawienia dotyczące cookies. Korzystanie z naszego portalu bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia. Jeżeli nie zgadzasz się na używanie cookies możesz również opuścić naszą stronę. Więcej informacji w naszej polityce prywatności (https://kurierhistoryczny.pl/polityka-prywatnosci,7).

Chart bez ogona, czyli o urzędomanii i tytułomanii w I RP

Jakub Wojas, 21.08.2018

Charty na obrazie Johna Marshalla "Polowanie na zająca"

Dzięki „Panu Tadeuszowi” Adama Mickiewicza unieśmiertelniło się sporo powiedzeń. Jednym z nich są słowa Asesora padające w rozmowie z Rejentem i Tadeuszem na temat walorów psów myśliwskich. Zdaniem Asesora: „Chart bez ogona jest jak szlachcic bez urzędu, Ogon też znacznie chartom pomaga do pędu". Zdanie to nie tylko wiele nam mówi o cechach chartów, ale może przede wszystkim o znaczeniu tytułów urzędniczych w I Rzeczpospolitej.

Urzędnikiem być, ale tylko na papierze

Właśnie tytułów, a niekoniecznie samych urzędów. Sporo bowiem urzędów w Rzeczpospolitej szlacheckiej miało charakter fikcyjny. Stolnikowie, podstoli, cześnikowie, horodniczowie byli zazwyczaj li tylko pustym dodatkiem do nazwiska. Co więcej, dochodziły do nich urzędy ziem, które w pewnym momencie odpadły od Rzeczpospolitej, jak ziemi parnawskiej, dorpackiej czy wendeńskiej. Dla obdarowanego taką godnością nie było przewidzianych z racji sprawowania urzędu absolutnie żadnych pieniędzy. Wprost przeciwnie, to szlachcic za własne fundusze urządzał uczty, by obwieścić wszystkim swój nowy status. Jednak dla panów-braci urząd nawet fikcyjny, to było coś.

Szlachecka urzędomania, czy mówiąc ściślej tytułomania, paradoksalnie wynikała z panującej w Polsce i na Litwie równości szlacheckiej. W Rzeczpospolitej wszelkie tytuły baronowskie, hrabiowskie czy książęce (poza kniaziowskimi) przyjmowano z bardzo dużą rezerwą. Gdy w 1633 r. Jerzy Ossoliński wrócił z poselstwa z tytułem książęcy od cesarza, to szlachta podniosła takie larum, że posłowie na sejmie w 1638 r. zmusili magnata do zrzeknięcia się nadania.

Obraz "Szlachta w mundurach wojewódzkich"

Co innego urząd senatorski. Bycie takim wojewodą, kanclerzem czy podskarbim robiło na wszystkich wrażenie. Ponadto tytuły związane z tymi godnościami przechodziły też na następne pokolenia. I tak syn wojewody, choćby okazała się totalną miernotą, która do końca swoich dni nie zrobiła żadnej kariery, to był tytułowany „wojewodzicem”, czyli synem wojewody. Z czasem doszło nawet do tego, że wnuka wojewody nazywano „wojewodziczem”. Ta reguła dotyczyła oczywiście również pozostałych urzędów.

Urzędy prawdziwe i fikcyjne

Szczytem kariery urzędniczej dla szlachcica był urząd wojewody, kasztelana krakowskiego, a dla szlachty litewskiej kasztelana wileńskiego i trockiego oraz starosty żmudzkiego. Wszyscy oni zasiadali w senacie obok innych kasztelanów, których dzielono na kasztelanów większych (prowincjonalnych) oraz mniejszych (powiatowych). Tych pierwszych nazywano kasztelanami krzesłowymi, gdyż zasiadali na krzesłach w odróżnieniu od pozostałych kasztelanów drążkowych, siadających na długich ławach z tyłu zwanych drążkami.

Z karierami ministerialnymi wiązały się urzędy marszałka wielkiego, kanclerzy oraz podskarbiego. Pierwszy z nich zajmował się szeroko pojętym bezpieczeństwem króla i jego dworu. Część jego kompetencji dublowała się z urzędem dworskim podkomorzego, lecz akurat w przypadku tych rodzajów urzędów nie obowiązywała zasada incompatibiliach, czyli niemożności sprawowania innego urzędu. Zatem marszałek mógł być jednocześnie podkomorzym dworskim. Marszałek stał również na czele sądu marszałkowskiego oraz własnego mini-wojska: dwóch chorągwi piechoty i straży marszałkowskiej, a od 1775 r. dodatkowo również dwóch chorągwi lekkiej jazdy.

Niemałe kompetencje miał również wspomniany kanclerz oraz jego zastępcy (ale nie podwładni) podkanclerze. Zajmowali się oni głównie polityką zagraniczną. Z kolei podskarbiowie, jak nietrudno się domyśleć, byli czymś w rodzaju ministrów skarbu i finansów.

Ilustracja do XII Księgi Pana Tadeusza - w pierwszej parze
poloneza Podkomorzy z Zosią

Spośród niemalowanych urzędów należałoby jeszcze wymienić urzędników centralnych, lecz niesenatorskich. Poza sekretarzem wielkim, którym mogła zostać jedynie osoba duchowna, dla szlachty pozostawały kariery referendarza, przyjmującego skargi i prośby skierowane do króla. Ściganiem przestępstw zajmował się instygator. Za tworzenie dokumentów państwowych odpowiadał pisarz wielki, za opiekę nad skarbcem kustosz koronny (na Litwie skarany, niebędący dygnitarzem). Do tego dochodził również wybierany na sejm marszałek, który przewodniczył obradom. Wśród urzędów ziemskich największe znaczenie i najwięcej do powiedzenia miał podkomorzy ziemski. To on rozstrzygał spory graniczne, stając na czele sądu podkomorskiego. Ponadto na szczeblu powiatów naczelne miejsce zajmowali starości grodowi. Istnieli również starości niegrodowi, którzy otrzymywali ten tytuł wraz z prawami do zamku lub dóbr królewskich, lecz bez specjalnych kompetencji.

Obok tych rzeczywistych urzędów funkcjonowała cała rzesza ich pomocników, jak sekretarze, pisarze, pisarze graniczni czy komornicy. Te najważniejsze urzędy jednak były najczęściej zarezerwowane dla największych magnackich rodów. Zrobienie kariery urzędniczej z prawdziwego zdarzenia było nierzadko efektem uprzedniej kariery wojskowej lub duchownej. Inna droga wiodła przez intratny ożenek, dzięki któremu zyskiwano wpływy i pieniądze. Dla tych mniej znaczących i mniej zaradnych pozostawała cała masa wywodzących się jeszcze z średniowiecza stanowisk, które poza tytulaturą nic nie znaczyły. Na Litwie była tak paradoksalna sytuacja, że na czele hierarchii urzędów ziemskich stał nie podkomorzy, a ciwun niemającym przy tym pierwszy niemalże nic do roboty.

Litwa zresztą, choć mniejsza, to dawała szlachcie większe możliwości zdobycia upragnionego tytułu urzędniczego. O ile w Koronie było formalnie 17 urzędów ziemskich, to na Litwie aż 26. Na liście tej znajdowali się nieznani w Polsce: budowniczowie, mostowniczowie, leśniczowie czy marszałek ziemski. Ponadto np. urząd wojskiego większego w Wielkim Księstwie znaczył więcej niż urząd wojskiego w Koronie.

Tytułomanii ciąg dalszy

W większości przypadków była to taka sama rywalizacja o honory jak rywalizacja o tytuły baronów, hrabiów czy książąt w innych państwach. Po pewnym czasie szlachta również pogoń za urzędami zamieniła w pogoń za tytułami arystokratycznymi. Rody, których przedstawiciele sprawowali godności senatorskie niemal z automatu otrzymywały tytuły hrabiowskie z rąk władz zaborczych. Niektórzy sami zaczęli zabiegać za swoje osobiste zasługi lub pieniądze o podobne godności na obcych dworach. Nie wiązało się to jednak z wyparciem zwyczaju tytułowania się urzędami. Nawet wzmogło się to po powstaniu Księstwa Warszawskiego i Królestwa Polskiego. Urzędniczymi tytułami z Rzeczpospolitej szlacheckiej najdłużej posługiwano się w na ziemiach zabranych, gdzie władze carskie zachowały szczątki samorządu szlacheckiego. W II poł. XIX w. pojawiła się z kolei tendencja do tytułowania się tytułami naukowymi, a wraz z rozwojem kapitalizmu przyszła moda na „prezesowanie”.

Dlatego również dziś nie trudno zauważyć szczególnie duże nagromadzenie panów/pań prezesów, panów/pań przewodniczących, panów/pań sekretarzy, panów/pań menagerów etc. W końcu szlachcic bez urzędu jest jak chart bez ogona.





Komentarze

Udostępnij ten artykuł
Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu

Skomentuj artykuł

Przedłuż subskrypcję, aby dodać komentarz.

Polecane artykuły
pokaż wszystkie artykuły
Reklama
Wszelkie prawa zastrzeżone. © 2017 Kurier Historyczny. Projekt i wykonanie:logo firmy MEETMEDIA