cookies

Używamy informacji zapisanych za pomocą cookies i podobnych technologii m.in. w celach reklamowych i statystycznych oraz w celu dostosowania naszych serwisów do indywidualnych potrzeb użytkowników. Mogą też stosować je współpracujące z nami podmioty. W przeglądarce można zmienić ustawienia dotyczące cookies. Korzystanie z naszego portalu bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia. Jeżeli nie zgadzasz się na używanie cookies możesz również opuścić naszą stronę. Więcej informacji w naszej polityce prywatności.

Czy chamstwo jest nam dziś do czegoś potrzebne?

Jakub Wojas, 17.06.2021

Chłopski pogrzeb - obraz Józefa Szermentowskiego

Temat pańszczyzny w ostatnich latach stał się w niektórych kręgach bardzo popularny. Szkoda, że ta popularność rzadko przekłada się na jakość, a niektóre tezy przywołują na myśl bajki o żelaznym wilku.

Mając to na uwadze z drżeniem serca i jednocześnie z szatańskim pomysłem obśmiania, co bardziej bzdurnych fragmentów sięgnąłem po książkę Kacpra Pobłockiego Chamstwo. Już sam tytuł i fakt, że za temat zabiera się antropolog (z całym szacunkiem dla antropologów) zapowiadał cechujące się wyjątkową bełkotliwością studia kolonialne, które próbują na gruncie polskim zaadaptować nieistniejące traumy i problemy dawnych imperiów kolonialnych w dodatku możliwie jak najbardziej zagmatwany sposób, żeby czytelnikowi wydawało się, że to jest takie „mundre”.

Z „Chamstwem” jest inaczej. Przede wszystkim autor zauważył, że to, że było około 10 proc. szlachty nie oznacza, że cała reszta to byli pańszczyźniani chłopi. Bo tak w istocie nie było. Używając porównań literackich między ustami a brzegiem pucharu wiele się działo, a ludność „Polszczy”, jak nazywa I RP autor, była nadzwyczaj mobilna. W tym kontekście pan Pobłocki przywołuje wiele przykładów postaci, które znajdowały się pomiędzy stanami albo stopniowo pięły się po szczeblach hierarchicznego społeczeństwa.

Książka Chamstwo została wydana przez Wydawnictwo Czarne

Drugi walor ten książki to to, że pan Pobłocki nie pokazuje polskiego przypadku jako jakoś szczególnie niezwykłego na mapie świata. W rodzimych publikacjach spod znaku „ludowych historii” autorzy często wychodzą z siebie, żeby udowodnić, że ówczesna Polska to był feudalny Mordor. Tymczasem w „Chamstwie” autor zwraca uwagę na tzw. rewolucję pracowitości, która miała miejsce na obszarze całej Euroazji w latach 1600-1800. Gwałtowny skok produktywności, jaki wtedy nastąpił był efektem wzrostu bicia i terroru. Zdaniem pana Pobłockiego, polska pańszczyzna trwająca najpóźniej do 1864 roku na tym tle nie tyle była archaizmem, co wpisywała się wręcz ogólnoświatowy trend.

Jednocześnie jednak autor kreśli obraz I Rzeczpospolitej i tym samym w ogóle tamtych czasów w możliwie jak najczarniejszych barwach. Przemoc, terror, sadyzm i szubienica to wyróżniki tego systemu. Szczęśliwie, nie obsadza w roli złych całej szlachty, ale przede wszystkim wielkich panów, którzy tworzyli ten system i czerpali z niego najwięcej. Pan Pobłocki słusznie wytyka egoizm arystokratów, nastawienie na zysk, ale miejscami mocno naciąga rzeczywistość do z góry założonej tezy.

Autor opisuje np. jak to książę Marcin Mikołaj Radziwiłł zabił swojego sługę, który nie odstępował go na krok za to, że jego usłużność stała się dla niego irytująca. Dalej na tej podstawie budowana jest cała narracja o systemie terroru i strachu, jaki panował w magnackich latyfundiach. Problem w tym, że ociężały psychicznie i ubezwłasnowolniony później przez rodzinę książę nie jest przykładem na cokolwiek.

Zobacz także:

Jakie mity krążą wokół tematu pańszczyzny

Podobnie skala buntów i „strajków” chłopskich przywołanych przez autora jest wyraźnie naciągana, podobnie jak sprowadzenie problemu Kozaczyzny głównie do pańszczyzny. Irytujące też bywa traktowanie sytuacji w całej Rzeczpospolitej wedle jednego schematu i to pomimo, że miejscami są w książce akcentowane różnice między poszczególnymi regionami. Pan Pobłocki idzie w swojej interpretacji na skróty, generalizuje, jednak nie ukrywa, że książka ma określony cel. W „Chamstwie” budowana jest jedna opowieść trwająca od czasów staropolskich do współczesności, w której możemy prześledzić związek przyczynowo-skutkowy między pańszczyzną a obecnym wyzyskiem pracowniczym, przemocą wobec słabszych i w ogóle wszystkimi nieszczęściami tego świata. I trudno znów tej narracji odmówić pewnej prawdziwości. Porównania folwarku do relacji w korporacji, urzędzie, uczelni czy szkole pojawiają się od lat.

Obraz I Rzeczpospolitej w „Chamstwie” pisany jest z perspektywy tych, którzy byli najniżej i w najgorszej dla siebie sytuacji. Jest to zbiór wszystkich patologii, jakie mogły wtedy mieć miejsce. A jako że system z natury swej sprzyjał patologiom, to jest tu maksymalnie ponuro. Pytanie tylko, czy to obraz prawdziwy? To zależy. Autor wrzuca wszystko, niezależnie od miejsca i od czasu, do jednego worka, tymczasem całe społeczeństwo było tak naprawdę niewolnikiem nie tyle systemu, co koniunktury. I to ona decydowała w znacznej mierze o ówczesnej rzeczywistości. Dlatego zupełnie inny jest obraz relacji dwór-wieś w XVI wieku, a zupełnie inny w XVIII wieku. Tak jak ta złożoność czasowa, przestrzenna i społeczna feudalizmu I RP wyglądała w praktyce z tej książki się nie dowiemy. Niemniej trudno zanegować, że nie ma tu pewnego wycinka rzeczywistości. To trochę jakby opowiadać historię kapitalizmu III RP z perspektywy afer reprywatyzacyjnych, wyzysku pracowników, trudnej sytuacji na rynku mieszkaniowym, upadku wielkich zakładów, a nie dostrzegając lub pomijając poprawę jakości życia, wzrost gospodarczy czy sukcesy rodzimych przedsiębiorców.

Lecz nie jest to największy zarzut wobec tej publikacji. Wskazywanie patologii dawno minionego systemu i jego wpływu na obecną rzeczywistość jest chwalebne i może służyć wyeliminowaniu złych praktyk, ale autor utyskuje też na panujący od czasów PRL „masowy sarmatyzm”, na którym miała zostać zbudowana zgoda ogólnonarodowa. Dobrze, ale dlaczego? Jeżeli odrzucamy konstrukt zgody społecznej, która opierała się na zapomnieniu wzajemnych win z okresu feudalnego i przyjęciu przez warstwy niższe etosu i kultury szlacheckiej, to co w zamian otrzymujemy? Tak się składa, że poza pewnymi wyjątkami polskość nie funkcjonuje poza szlachetczyzną. W myśl rad Gerwazego z „Pana Tadeusza” pozaszlacheckie masy nie tylko odzyskały wolność, ale również symbolicznie zostały przyjęte do herbów. Przez to chłopi nie tworzyli innej wersji polskości, lecz zaadaptowali się do tej już istniejącej.

Dożynki - obraz Michała Stachowicza

Pan Pobłocki ma wyraźny żal, że potomkowie chłopów nie pamiętają już pańszczyźnianej traumy widząc siebie bardziej w kontuszach i żupanach. Tylko dlaczego mieliby rozpamiętywać krzywdę sprzed 150 lat? Zwłaszcza, że nie było to doświadczenie jednakowe, a większość Polaków ma dziś zarówno przodków chłopskich, jak i szlacheckich. Ponadto, autor znów słusznie wskazuje, że chłopi w miarę awansu upodabniali się do szlachty, co w sumie można skonstatować, że masowy sarmatyzm nie jest sztucznie budowany konstruktem, lecz produktem aspiracji całego społeczeństwa. Co jest zrozumiałe. Lepiej było być „panem” niż „chamem”, zwłaszcza, że bycie „panem” przestało się wiązać z wymogami prawnymi, a kultura szlachecka była niezwykle atrakcyjna i zarazem inkluzywna. Autor „Chamstwa” natomiast woli najwyraźniej powrócić do dawnego podziału. Tylko po co?

Są przynajmniej dwie odpowiedzi na to pytanie. Profesor Andrzej Nowak wskazał nie tak dawno, że inicjatywy spod znaku „ludowej historii Polski” służą dekonstrukcji polskiej tożsamości narodowej. Można by było przejść obok tych słów obojętnie, traktując je jako pogląd wyraźnie zaangażowanego politycznie badacza, gdyby nie podobną opinię nie wyraził publicysta liberalny Krzysztof Iszkowski, który w jednej z facebookowych dyskusji otwarcie stwierdził, że chodzi o „dekonstrukcję procesu, poprzez który staliśmy się w ostatnich 150 latach jednym narodem”, gdyż „silna tożsamość narodowa służy populistom”.

Osobiście mam jednak wątpliwości, czy wszystkim zafascynowanym tego typu inicjatywami przedstawicielom lewicowo-liberalnych elit przyświecają takie same makiaweliczne pomysły. Raczej mamy tu do czynienia z kolejnym prymitywnym i niestety typowym naśladownictwem zachodnich wzorców w myśl zasady: „co Francuz powie, Polak powtórzy”. Akurat na Zachodzie popularne są aktualnie wspomniane studia kolonialne, ruchy Black Lives Matter, zatem jak pomyśleli „wielkomiejscy”, spróbujmy tego i u nas. Nic to, że u nas było inaczej. Skoro nie mieliśmy swoich Murzynów na plantacjach, to trzeba ich sobie wymyślić. Tylko jak to zwykle bywa, efekty cielęcego zapatrzenia w Zachód w polskich realiach wychodzą co najmniej dziwacznie, by nie powiedzieć głupio.

Artykuł inspirowany książką Chamstwo Kacpra Pobłockiego.





Komentarze

Udostępnij ten artykuł
Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu

Skomentuj artykuł

Przedłuż subskrypcję, aby dodać komentarz.

Polecane artykuły
pokaż wszystkie artykuły
Reklama
Wszelkie prawa zastrzeżone. © 2017 Kurier Historyczny. Projekt i wykonanie:logo firmy MEETMEDIA