cookies

Używamy informacji zapisanych za pomocą cookies i podobnych technologii m.in. w celach reklamowych i statystycznych oraz w celu dostosowania naszych serwisów do indywidualnych potrzeb użytkowników. Mogą też stosować je współpracujące z nami podmioty. W przeglądarce można zmienić ustawienia dotyczące cookies. Korzystanie z naszego portalu bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia. Jeżeli nie zgadzasz się na używanie cookies możesz również opuścić naszą stronę. Więcej informacji w naszej polityce prywatności (https://kurierhistoryczny.pl/polityka-prywatnosci,7).

„Burza w szklance wody”, czyli prorocze słowa o powstaniu warszawskim

Jakub Wojas, 01.08.2019

Gmach Prudentialu w Warszawie trafiony pociskiem 600 mm, 28 sierpnia 1944 r. (fot. Sylwester Braun "Kris")

Misja do Polski Jana Nowaka-Jeziorańskiego w lipcu 1944 roku nie miała tak spektakularnego przebiegu, jak chcieli tego filmowcy. Nie wpłynęła też w żaden sposób na decyzję o rozpoczęciu powstania warszawskiego. Była jednak tym momentem, kiedy decydenci mogli zdać sobie sprawę, co ich czeka, jeśli zdecydują się na walkę z okupantem w stolicy. „Kurier z Warszawy” doskonale to określił: „Będzie to burza w szklance wody”.

Podporucznik Zdzisław Jeziorański, pseudonim Jan Nowak, od 1943 roku pełnił funkcję kuriera, a następnie emisariusza rządu polskiego na uchodźstwie. W czerwcu 1944 roku powierzono mu misje specjalną. Miał kolejny raz przedostać się z Wielkiej Brytanii do okupowanego kraju i tam przekazać Komendzie Głównej Armii Krajowej informacje na temat sytuacji Polski i nastawieniu aliantów do ewentualnego powstania w Warszawie.

Przywódcy polskiego podziemia wówczas już intensywnie debatowali na temat możliwości podjęcia walki zbrojnej z Niemcami wobec zbliżających się do stolicy Sowietów. W założeniach chciano wystąpić przed „sojusznikiem naszych sojuszników” jako gospodarz. Problem polegał na tym, że wyzwolenie Warszawy o własnych siłach graniczyło z cudem. Ludzi być może nie brakowało, znacznie gorzej było z dostępem do broni. Liczono zatem, że odpowiednie wsparcie przyśle Zachód, a sam zryw – wielka walka zbrojna w europejskiej stolicy - skłonni mocarstwa do nie oddawania Polski w ręce Stalina.

Jan Nowak Jeziorański w 1943 r.

W takiej sytuacji Jan Nowak miał być tą osobą, która rozwieje wszelkie wątpliwości. Podporucznik Jeziorański po latach w rozmowie z Kazimierzem Zawodnym wspominał, że jego przekaz zawierał się w czterech punktach:

1. Polska wojnę w sensie politycznym przegrała. Kraj znajduje się w całości pod okupacją sowiecką. Alianci działają na zasadzie podziału strefy wpływów w Europie i zon okupacyjnych. Polska została włączona do sowieckiej strefy wpływów.

2. Alianci w obronie Polski nie zaryzykują swego sojuszu z Rosją.

3. Warszawa nie może liczyć na zrzucenie Brygady Spadochronowej.

4. Warszawa nie może liczyć na poważne zrzuty broni i amunicji.

Od początku jednak misja kuriera spotykała się z dziwnymi problemami. Zamiast od razu, w czerwcu, Nowak został przetransportowany do bazy „Jutrzenka” pod włoskiej Brindisi dopiero 17 lipca i to po interwencji Naczelnego Wodza gen. Kazimierza Sosnkowskiego w tej sprawie. Wcześniej kosmiczne trudności robił mu gen. Stanisław Tatar, który chciał go wysłać do Włoch statkiem. Potem młody podporucznik musiał jeszcze z niewiadomych powodów przesiedzieć w bazie tydzień, by wreszcie, 25 lipca, wylecieć do Polski.

Jednak nie był to koniec jego problemów. Depesza o wyjeździe kuriera powinna zostać wysłana do gen. Tadeusza Bora-Komorowskiego 10 dni przed wylotem. Zrobiono to natomiast w dniu wylotu, a komendant AK uzyskał ją dopiero 31 lipca. To spowodowało kolejne problemy kuriera. Do Warszawy dotarł on 26 lipca i aż trzy dni zajęło mu uzyskanie zgody na możliwość stawienia się przed Komendą Główną na ulicy Śliskiej 6.

Przez ten cały czas toczono tam debaty, czy powstanie ma wybuchnąć. Czas zresztą działał na niekorzyść przeciwników walki. Bór-Komorowski wskutek wiadomości o nadchodzących Sowietach i nacisków w Komendzie Głównej myślał już nie „czy”, lecz „kiedy” AK ma rozpocząć powstanie. Wobec tego misja Jana Nowaka-Jeziorańskiego była stracona.

Podczas swojego wystąpienia w kwaterze głównej emisariusz nakreślił aktualną sytuację międzynarodową Polski i możliwości wsparcia ze strony aliantów czy wykorzystania jednostek Polskich Sił Zbrojnych. Podporucznik nie pozostawiał wątpliwości. Nie było żadnych szans, by gdzieś w okolicach Warszawy zrzucono Brygadę Sosabowskiego, bo i nie Polacy decydowali o jej frontowym przeznaczeniu. Na pytanie szefa sztabu, gen. Tadeusza Pełczyńskiego, jakie wrażenie powstanie wywoła w Wielkiej Brytanii i Ameryce, Jan Nowak-Jeziorański otwarcie przyznał:

Nie będzie miało żadnego wpływu na politykę sojuszników, a jeśli chodzi o opinię publiczną na Zachodzie, będzie to burza w szklance wody.

Powstaniec warszawski w ruinach kościoła św. Krzyża

Pomimo to przywódcy podziemia nie chcieli, a może nie byli już w stanie zatrzymać tej rozpędzonej machiny przygotowań do walki. Tadeusz Bór-Komorowski przyznawał po latach, że gdyby Nowak opowiedział mu to tydzień wcześniej, to decyzji o rozpoczęciu powstania by nie podjął. Jeziorański uznał z kolei, że jego misja była spóźniona. Sam jednak dał się porwać przedpowstaniowej gorączce i przyznawał, że napięcie społeczne z tym związane było tak silne, że do zbrojnego zrywu w Warszawie musiało dojść.

Niemniej jego słowa wygłoszone przed Komendą Główną okazały się prorocze. Przy czym dziwnym może się wydawać to, że niespełna 30-letni podporucznik miał większą świadomość polityczną niż najważniejsi oficerowie polskiego podziemia. Bo w sumie nie wiadomo na co liczono po raporcie kuriera. Powstanie warszawskie, choć heroiczne i krwawe nie wywołało większego wrażenia na Zachodzie. Było czymś w rodzaju dzisiejszych doniesień o walkach na Bliskim Wschodzie. Coś co może przez chwilę zasmucić, a potem przechodzi się nad tym do porządku dziennego. Dlatego też nikt wśród aliantów nie chciał „umierać za Warszawę” i w podziwie dla bohaterstwa zmieniać ustaleń ze Stalinem.

Prawdopodobnie przy misji Nowaka przeszkadzała sowiecka agentura, ale nie można zaprzeczyć, że „na górze” nie zdawano sobie sprawy, czym się powstanie warszawskie się skończy. To powinno obciążać ich jeszcze bardziej za nieszczęsny los zrównanej z ziemią stolicy. Jeżeli machiny powstania nie można było już zatrzymać 29 lipca, to dlaczego nie przerwano jej gdy walka była przegrana i wykrwawiano miasto aż 63 dni? Miała to być burza w szklance w wody i była, ale dlaczego aż tak krwawa?





Komentarze

Udostępnij ten artykuł
Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu

Skomentuj artykuł

Przedłuż subskrypcję, aby dodać komentarz.

Polecane artykuły
pokaż wszystkie artykuły
Reklama
Wszelkie prawa zastrzeżone. © 2017 Kurier Historyczny. Projekt i wykonanie:logo firmy MEETMEDIA