cookies

Używamy informacji zapisanych za pomocą cookies i podobnych technologii m.in. w celach reklamowych i statystycznych oraz w celu dostosowania naszych serwisów do indywidualnych potrzeb użytkowników. Mogą też stosować je współpracujące z nami podmioty. W przeglądarce można zmienić ustawienia dotyczące cookies. Korzystanie z naszego portalu bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia. Jeżeli nie zgadzasz się na używanie cookies możesz również opuścić naszą stronę. Więcej informacji w naszej polityce prywatności (https://kurierhistoryczny.pl/polityka-prywatnosci,7).

Bałkany zamiast Normandii. Czy plan Churchilla uratowałby Polskę?

Maciej Łuski, 06.06.2018

Winston Churchill dokonuje inspekcji brytyjskich żołnierzy, 1941 r.

Dla wielu wymarzonym zakończeniem II wojny światowej byłoby wyzwolenie Polski przez aliantów zachodnich. Tego chciał też m.in. Winston Churchill, który przygotował projekt ataku sprzymierzonych na Bałkany i dalszej ofensywy na północ. Jednak czy było to w ogóle realne?

Już w 1942 r. premier Wielkiej Brytanii postulował odparcie Niemców z basenu Morza Śródziemnego. Chciał uderzyć w „miękkie podbrzusze Europy” jak nazywał obszar Bałkanów. Operacja ta miała być skoordynowana z atakiem na Półwysep Apeniński. Otwierałoby to tym samym szeroki front południowy, który wypierałby Niemców w kierunku północnym, co w konsekwencji odcięłoby ich armię na obszarze ZSRR. Prócz kwestii strategicznych plan Churchilla miał również swojej uzasadnienie polityczne. Wyzwolenie bowiem obszarów Europy Środkowej i Wschodniej przez zachodnich aliantów, uniemożliwiałoby Sowietom zwasalizowanie tych ziem, a tym samym pozycja ZSRR po wojnie nie zostałaby tak wydatnie wzmocniona.

Premier Wielkiej Brytanii przewidywał dwa warianty ataku na Bałkany. Pierwszy zakładał desant w okolicach Salonik, a następnie natarcie w kierunku Jugosławii i później na północ, na Czechosłowację. Druga opcja była oparta o atak poprowadzony od Morza Marmara przez Bułgarię, Rumunię do Zagłębia Borysławskiego. Ten wariant miał jednak zasadniczy mankament, gdyż zakładał współdziałanie z Turkami, którzy za bardzo nie chcieli angażować się w światowa wojnę. Wielu generałów dostrzegało też inne problemy. Walki miałyby bowiem miejsce na obszarach górskich. Nie chodziło tylko o Bałkany, ale też Karpaty. Do tego trzeba by było sforsować Dunaj. Z drugiej strony przewidywano, że rządy węgierskie i rumuńskie mogą przejść w krytycznym momencie na stronę aliantów.

Desant amerykańskiej 3. Dywizji Piechoty na Sycylii, 10 lipca 1943 r.

Sztabowcy zarówno amerykańscy, jak i brytyjscy pozostali jednak nieugięci. W nocy z 9 na 10 lipca 1943 r. desantem na Sycylię rozpoczęto atak na Włochy. Wyspę opanowano po 38 dniach walk. Następnym celem był Półwysep Apeniński. Bałkany natomiast ciągle odrzucano jako potencjalny miejsce ofensywy.

Przeciwko Churchillowi był również prezydent USA Franklin Delano Roosevelt. Przywódcy amerykańskiemu zależało na pozyskaniu Stalina do walki z Japończykami, zatem wolał nie zadrażniać z nim stosunków. Sam Stalin zresztą doskonale zdawał sobie sprawę jak niekorzystny dla jego interesów jest projekt otwarcia frontu na Bałkanach, dlatego robił wszystko by go storpedować. I to się mu udało.

W rezultacie drugi front otwarto nie na Bałkanach, lecz w Normandii i to dopiero 6 czerwca 1944 r. Gdyby nawet wtedy zamiast północną Francję zaatakowano Grecję, to niewiele by to zmieniło w sytuacji Polski. Sowieci wkroczyli na terytorium II RP pół roku wcześniej, a w czerwcu zbliżali się już do Bugu.

Żeby zatem plan Churchilla przyniósł jakiekolwiek pozytywne skutki dla Polski, to musiałby on być zrealizowany jeszcze w 1943 r., kiedy Armia Czerwona biła się z Wehrmachtem na terytorium ZSRR. Od razu nasuwa się tu wspomniane lato, gdy atakowano Włochy. Problem w tym, czy alianci rzeczywiście byliby w stanie zorganizować dwie tak wielkie operacje jednocześnie. Warto sobie przypomnieć ile czasu zajęło przygotowanie desantu w Normandii. Nawet jeżeli nadludzkim wysiłkiem udałoby się zebrać konieczną ilość sił, to w grę wchodziłby atak jedynie na Jugosławię, gdyż jak wiadomo Turcja do wojny jeszcze wtedy nie przystąpiła. Natomiast desant na tamtejsze skaliste wybrzeże, to nie to samo co na francuskie piaszczyste plaże. A im dalej w las, właściwie w góry, tym więcej problemów.

Lądowanie aliantów w Normandii, 6 czerwca 1944 r.

Jedyne na co można byłoby liczyć to to, że Niemcy nie zdołają przerzucić na Bałkany znaczących sił i szybko pokonano by góry i wkroczono na Nizinę Panońską. Niemcy atakowani jednocześnie z kilku stron mieliby już wtedy olbrzymie problemy. Trudno się spodziewać, aby Węgrzy w takiej sytuacji zachowali lojalność wobec sojusznika, skoro nawet w rzeczywistości realnej próbowali przejść na stronę aliantów. To się nie udało, ale w naszym scenariuszu Amerykanie i Brytyjczycy byliby już na terytorium Węgier. Jeżeli zatem Budapeszt w porę zmieniłby front, to ułatwiałoby to sprzymierzonym sforsowanie Dunaju i dotarcie do Karpat. Przy takiej opcji, na przełomie 1943 i 1944 r. alianci znaleźliby się u granic Polski. Podobnie jak Sowieci, którzy odciążeni na froncie konsekwentnie podążaliby na zachód.

Wtedy w Polsce Armia Krajowa przystąpiłaby do akcji „Burza”. Następuje seria ataków na niemieckie posterunki, a idące od południa z Amerykanami i Brytyjczykami oddziały Maczka i Andersa współdziałając z AK wyzwalają kolejne miasta. Gorzej jest na wschodzie, gdzie członkowie polskiego podziemia są aresztowywani. Dochodzi do pierwszych styczności jednostek sowiecki i alianckich. Nie zawsze są to kontakty przyjazne. W skutek niejasności, co do obszaru odpowiedzialności maja miejsce wzajemne ostrzeliwania. Dopiero w lutym 1945 r. w Jałcie Wielka Trójka precyzuje ustalenia wcześniejszej konferencji w Teheranie. Jako linię rozgraniczenia przyjęta zostaje Linia Curzona – przyznająca Lwów i Zagłębie Borysławskie Polsce. Jako rekompensatę za anektowane do ZSRR ziemie Polska zostaje poszerzona o część Śląska i Pomorza. W ofensywie na Berlin uczestniczą wszystkie siły sprzymierzonych, łącznie z idącą od Prus Wschodnich Armią Czerwoną. Oczywiście, jest to kolejne pole do niesnasek i sporów w sztabie, co skwapliwie wykorzystują za każdym razem Niemcy.

Defilada żołnierzy 1. Dywizji Pancernej na ulicach Bredy, 11 listopada 1944 r.

Jednakże wojna bez ataku od zachodu i wzięcia III Rzeszy w kleszcze mogłaby się skończyć dużo później. Walki we Włoszech trwały przecież niemal do końca wojny. Zapewne zatem alianci musieliby przeprowadzić jeszcze dodatkowe ataki na południe Francji (co miało miejsce w rzeczywistości). Dopiero w takiej sytuacji ostateczne zwycięstwo nabrałoby realnych kształtów.

Gdy już jednak doszłoby do zakończenia wojny, to przyszłość Polski byłaby o wiele lepsza od tej zafundowanej nam przez Sowietów. Do Warszawy wróciłby rząd na uchodźstwie. Moglibyśmy później korzystać z planu Marshalla i włączyć się w integrację europejską u jej zarania. ZSRR musiałby się zadowolić jedynie zdobyczami terytorialnymi. Żelazna kurtyna opadłaby zatem gdzieś za Lwowem. Nie byłoby mordowania Wyklętych, powojennych zsyłek, katowania na UB, tłumienia strajków etc. Dzisiaj natomiast bylibyśmy dużo bogatszym i silniejszym państwem.

Niestety, zauważmy ile zmiennych musiałoby zostać spełnionych by ta piękna wizja okazała się prawdą: desant na Bałkany we właściwym czasie, brak znaczących sił niemieckich na tym obszarze, przejście Węgrów na stronę aliantów, zajęcie Polski przed Armią Czerwoną. A wystarczy by na którymś etapie pojawił się jakiś błąd i wszystko runęłoby jak domek z kart. Plan bałkański Churchilla dawał nam niewielką nadzieję na prawdziwe wyzwolenie, lecz nawet, gdyby doszło do jego realizacji, to nadal byłaby to tylko niewielka nadzieja.





Komentarze

Udostępnij ten artykuł
Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu

Skomentuj artykuł

Przedłuż subskrypcję, aby dodać komentarz.

Polecane artykuły
pokaż wszystkie artykuły
Reklama
Wszelkie prawa zastrzeżone. © 2017 Kurier Historyczny. Projekt i wykonanie:logo firmy MEETMEDIA