cookies

Używamy informacji zapisanych za pomocą cookies i podobnych technologii m.in. w celach reklamowych i statystycznych oraz w celu dostosowania naszych serwisów do indywidualnych potrzeb użytkowników. Mogą też stosować je współpracujące z nami podmioty. W przeglądarce można zmienić ustawienia dotyczące cookies. Korzystanie z naszego portalu bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia. Jeżeli nie zgadzasz się na używanie cookies możesz również opuścić naszą stronę. Więcej informacji w naszej polityce prywatności.

Alkohol, oryginały i cudaki, czyli Zakopane przedwojennych artystów

Sławomir Koper, 25.03.2021

Zakopiańskie Krupówki w czasach II RP

Wyjątkowa tatrzańska przyroda regularnie przyciągała pod Giewont plastyków, a – jak wiadomo – nacja ta przejawia szczególną słabość do napojów wyskokowych.

Rafał Malczewski miał okazję obserwować popisy niejednego kolegi po fachu:

Kiedyś złożył nam długotrwałą wizytę Kamil Witkowski, (…) malarz z gębą Indianina i z gardłem żądnym wody ognistej. Gdy znudziło się mu pić na pluszowej kanapce w lokalu Trzaski, zamieszkiwał podłogę pod nią i tam kazał sobie podawać kielichy alkoholu. Stamtąd wybieraliśmy go sztywnego jak deska i odnosiliśmy do domu, śpiewając psalmy. Skoro tylko chcieliśmy go złożyć na werandzie willi przyjaciół, u których mieszkał, zrywał się jak nakłuty zatrutą strzałą, zrzucał ubranie i bieliznę, i na bosaka, i na goło starał się wkraść do rodzinnego »teepee«. Uciekaliśmy w popłochu, z naprzeciwka widzieliśmy, jak stał zawstydzony złapany w drzwiach przez panią domu.

Plastycy mieszkający na stałe w Zakopanem absolutnie nie pozostawali w tyle. Zawsze można było liczyć szczególnie na duet Witkacy-Zamoyski.

Przyszedłem do Witkacego – wspominał pisarz Jerzy Rytard – zaproszony na pierwszą próbę portretowania. Wobec niespodziewanej wizyty pani Żeleńskiej ustalony program przyjął całkiem nieoczekiwany obrót. Gospodarz zakrzątnął się wkrótce po moim przybyciu i na stole zjawiła się butelka żytniówki oraz jakaś przekąska. Sjesta, w której całkiem czynny udział wzięła pani Zofia, po pewnym czasie przeniosła się do willi »Tatry« na Skibówki, do rzeźbiarza Augusta Zamoyskiego, dokąd poprowadził nas Witkacy, zaopatrzywszy się po drodze jeszcze w dwie butle (litrowe!). Na miejscu zastaliśmy już kilka osób i groźny zapas spirytualiów. Nieprawdopodobny ten wieczór dosłownie przegalopował niby jakiś oszalały żywioł przez moją świadomość rozpłomienioną alkoholem. Jak to zostało w kilka dni później obliczone, pochłonęliśmy od piątej po południu do jedenastej w nocy… pięć litrów. Br… I stało się coś, czego potem Witkacy nie mógł absolutnie zrozumieć. Prowadziliśmy go, mianowicie, z panią Zofią pod ręce kompletnie zamroczonego. Jeszcze nigdy w życiu – jak twierdził – nie upił się tak, nawet w Rosji, w swoim słynnym pułku gwardyjskim.

Więcej na temat rzeczywistości życia w II RP można znaleźć w książce
Blaski i cienie II Rzeczypospolitej

Zakopane i jego plenery stanowiły nieprawdopodobny magnes dla malarzy – inna sprawa, że wśród pejzażystów panowała zajadła konkurencja. Stanisław Gałek specjalizował się w Morskim Oku i na posiedzeniu Związku Plastyków w Zakopanem wystąpił z szokującym projektem. Rafał Malczewski w pierwszej chwili podejrzewał, że nie zrozumiał intencji kolegi:

(…) Zażądał, żeby Związek Plastyków przydzielił poszczególnym malarzom części Tatr do malowania, z tym że nikomu innemu nie wolno malować nad tym lub owym jeziorem bez pozwolenia posiadacza pisemnego prawa jazdy pędzlem po płótnie w danej okolicy. Gałek dybał na Morskie Oko i chciał wysiudać stamtąd Hanemana, który z uporem maniaka malował to stawiszcze, po większej części stojąc lub siedząc na ścieżce okalającej przedmiot żądzy Gałka.

Obłąkany artysta wystąpił z projektem konkretnego podziału górskich pejzaży pomiędzy plastyków. A malarzy niestosujących się do reglamentacji plenerów miał objąć zakaz wystawiania swoich prac nawet we własnym domu (!).

(…) Zefiryn Ćwikliński mógłby swoje owce malować w Dolinie Stawów Gąsienicowych, Hanemanowi dać Pięć Stawów plus Siklawa, może Wodogrzmoty, »Cyryl« Terlecki (…) objąłby regle, Czarny Staw Gąsienicowy, może, jeśli da radę, Kasprowy i okolice. Kłosowski nie maluje w górach, Kotarbiński snuje dziwne fantazje na papierze, Gentil-Tippenhauerowa niech maluje gdzie chce, z wyjątkiem jezior i wierchów, ale lepiej byłoby, gdyby trzymała się zachodnich Tatr (…). »Lewicowców«, jak Malczewski, Witkiewicz i kto tam jeszcze, nie powinno się uwzględniać.

Wniosek Gałka nie przeszedł, chociaż dyskusja była zawzięta. Projekt przesłano jednak do Zarządu Głównego w Krakowie, skąd nigdy nie przyszła odpowiedź. Zapewne tamtejsi plastycy nie potrafili zrozumieć specyfiki malarskiego świata Zakopanego…

Widok na Tatry i Zakopane, 1937 r.

Oryginałów nie brakowało również wśród ludzi bez ambicji artystycznych. Jednym z nich był słynny Ormianin Bodzio, właściciel apteki w domu Pod Siedmioma Cyckami. Podobno zawsze marzył o posiadaniu „własnej wagi osobowej i tysiąca trucizn w słoikach” oraz „amfor szklanych, napełnionych kolorowym płynem”. Praktycznie „znał całe Zakopane i wszystkich przyjezdnych”. Jego pasją był taniec, a w jej realizacji nie przeszkadzał mu nawet bardzo niski wzrost.

Dostarczał lekarstw możnym i dziadom, zbijał forsę i tańczył na dansingach na umór – wspominał Malczewski. – Z kim on nie tańczył! Ministrowe, żony szarych eminencji, gwiazdy sportu, sceny dramatycznej i opery, baletu, panie z wielkiego i małego świata i półświatka, literatki i poetki, malarki, kobiety poważne i skądinąd rozsądne, szalone lub zgoła wariatki, spokojne, dostojne damy i podlotki, sławne i niesławne – wszystkie słaniały się w ramionach Bodzia, który niejednej ministrowej sięgał do pasa.

Pod Giewontem nawet rabusie działali w specyficzny sposób, o czym osobiście przekonał się dyrektor miejscowego szpitala klimatycznego, Gustaw Nowotny. Późnym wieczorem wrócił z pracy do domu na zboczach Gubałówki, akurat był 6 grudnia.

Odezwał się dzwonek wejściowy – opowiadał Malczewski. – Nowotny otworzył drzwi i zobaczył św. Mikołaja, anioła i diabła, co było zupełnie normalne ze względu na datę dnia. Oczywiście, że wpuścił ich do środka, by ugościć i obdarować forsą. Anioł nie namyślał się długo i wyciągnął spluwę spod skrzydła. Obrabowali chirurga, z czego się dało, po czym uszli, śpiewając kolędy.

Artykuł jest fragmentem książki Sławomira Kopera Blaski i cienie II Rzeczypospolitej. Tytuł artykułu nadany przez redakcję.





Komentarze

Udostępnij ten artykuł
Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu

Skomentuj artykuł

Przedłuż subskrypcję, aby dodać komentarz.

Polecane artykuły
pokaż wszystkie artykuły
Reklama
Wszelkie prawa zastrzeżone. © 2017 Kurier Historyczny. Projekt i wykonanie:logo firmy MEETMEDIA