cookies

Używamy informacji zapisanych za pomocą cookies i podobnych technologii m.in. w celach reklamowych i statystycznych oraz w celu dostosowania naszych serwisów do indywidualnych potrzeb użytkowników. Mogą też stosować je współpracujące z nami podmioty. W przeglądarce można zmienić ustawienia dotyczące cookies. Korzystanie z naszego portalu bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia. Jeżeli nie zgadzasz się na używanie cookies możesz również opuścić naszą stronę. Więcej informacji w naszej polityce prywatności.

A może by tak anektować Grodno?

Jakub Wojas, 09.09.2020

Katedra (kościół pojezuicki) w Grodnie (foto: Alex Zozulya / CC BY-SA/Wikimedia Commons)

Próbujący utrzymać swoją władzę prezydent Białorusi Aleksander Łukaszenko straszy swoich obywateli zagrożeniem rychłej polskiej inwazji. I niejako w odpowiedzi na to zapotrzebowanie redaktor naczelny czasopisma „Najwyższy Czas!” Tomasz Sommer napisał nie tak dawno w serwisie Twitter, że jest „oczywiste”, że Grodno w przypadku rozpadu Białorusi „powinno trafić do Polski”. Tylko czy jest to rzeczywiście takie oczywiste?

Na pierwszy rzut oka, to jak najbardziej tak. Grodzieńszczyzna jest tym rejonem Białorusi, gdzie nie tylko mieszka najwięcej Polaków, ale także całe wsie są tu polskie. W niektórych miejscach odsetek Polaków sięga aż 80 proc. Gdyby zatem doszło do rozpadu państwa białoruskiego, jak sugeruje redaktor Sommer, to wydaje się, że naturalnym jest, że zamieszkany przez Polaków region powinien się znaleźć w Polsce. Zwłaszcza, że jeszcze przed wojną miasto to było w granicach Polski i niewiele brakowało, by po wojnie nadal w nich zostało. Wskutek nie naszych decyzji zostało ono nam odebrane i ta dziejowa niesprawiedliwość do dziś budzi oburzenie.

Warto również wspomnieć o geostrategicznych korzyściach przyłączenia Grodzieńszczyzny. Takim ruchem pozbylibyśmy się problemu przesmyku suwalskiego, który przestałby być po korekcie granic wąskim łącznikiem między okręgiem królewieckim a Białorusią. Dla niektórych już sama wizja wjeżdżających do Grodna polskich czołgów jest na tyle kusząca, że nawet bez powyższych profitów należałoby rozpatrzyć taką alternatywę. Aneksja Krymu pokazała, że takie rzeczy we współczesnej Europie nie są czymś abstrakcyjnym ani też nie wymagają jakiejś specjalnie skomplikowanej czy kosztownej operacji militarnej. Gdyby zatem doszło opanowania Grodna i okolic, to byłby to znakomity pokaz polskiej siły w regionie. Warszawa przedstawiłaby się jako ważny gracz w tej części świata, który rozdaje tu karty. Byłoby to również pierwsze, bodaj od czasu inkorporacji Zaolzia w 1938 roku, poszerzenie polskich granic. W sumie sytuacja jest bardzo podobna. Wtedy to państwo czechosłowackie ulegało rozkładowi, a Polska przejęła terytoria z wyraźnym odsetkiem polskiej ludności.

Panorama Grodna z ok. 1935 r.

W rzeczywistości jednak, gdyby doszło do aneksji choćby fragmentu terytorium Białorusi przez Polskę, to byłaby to największa głupota, jakiej dopuściłaby się Rzeczpospolita w swoich nowożytnych dziejach.  

Powyżej przedstawione korzyści ewentualnego powrotu Grodna i okolic są tak naprawdę niczym w obliczu realnych szkód, jakie wyrządziłby Warszawie taki manewr. Jeżeli przyłączenie terytorium odbyłoby się z naruszeniem prawa międzynarodowego, to można być pewnym, że spotkałoby się to z reakcją organizacji międzynarodowych, do których Polska należy. Naturalnie, byłyby to bardziej głosy potępienia niż porządne sankcje. Niemniej naszej pozycji, by to nie wzmocniło.

To jednak jest jeszcze nic. Już przed wojną, młody Adolf Bocheński w swojej sztandarowej pracy „Między Niemcami a Rosją” przekonywał, że zmiany granic straciły rację bytu. Wobec rosnącego poczucia świadomości narodowych szerokich mas społecznych taka inkorporacja może przynieść więcej szkód niż pożytków. Grodzieńszczyzna jest obszarem, w znacznej części z większością polską, ale nie oznacza, że nie ma tam Białorusinów. Aneksja w naturalny sposób spowodowałaby, że ludność ta automatycznie zwróciłaby się przeciwko Polsce, a od tego już tylko krok do powstania antypaństwowej, być może nawet terrorystycznej, konspiracji. Zamachy na ulicach, dworcach czy na urzędników państwowych – abstrakcja? Nie tak dawno takie rzeczy miały miejsce w Hiszpanii czy Irlandii Północnej, a w Polsce przed wojną. 

Polska aneksja utrudniłaby także kontakty z innymi państwami, które obawiałby się dalszej rewizji polskich granic. Dotyczyłoby to zwłaszcza Litwy i Ukrainy. Zyskalibyśmy miano „małej Rosji”, prowadzącej podobną politykę, ale bez jej potencjału. A to z kolei skazywałoby nas na międzynarodową izolację. Byłoby to także niezwykle cenne paliwo dla rosyjskiej propagandy, która już przecież straszy w mediach rzekomym polskim rewizjonizmem. Teraz jest to głównie działanie na użytek wewnętrzny, ale gdyby Polska rzeczywiście chciałaby tak postępować, to z pewnością Rosja spróbowałaby wykreować z nas wspólnego dla postsowieckiego obszaru wroga. I w końcu otwarcie tematu granic, to także ryzyko, że inne państwa będą rewidować swoją politykę w tym temacie, także względem Polski.

Widok Grodna od strony Niemna, 1935 r.

Również potencjalne korzyści geostrategiczne z aneksji Grodna i okolic są w rzeczywistości bardzo nikłe. Rozpad państwa białoruskiego, niechybnie oznacza, że Polska powiększyłaby swoją granicę z Rosją. I znów przypomina się okres przed wybuchem II wojny światowej, kiedy Polska po przyłączeniu Zaolzia wprawdzie poszerzyła swoje terytorium, ale jednocześnie została otoczona z trzech stron przez Niemców.

Nie należy również zapominać o gospodarczych kosztach takiego ruchu. Choć, wbrew pozorom, w niektórych obszarach Grodzieńszczyzna w niczym nie ustępuje polskich prowincjom, to sama integracja  z Rzeczpospolitą (m.in. urzędy, kolej, służby) byłaby bardzo droga. Nowe terytorium to nowe obciążenie dla budżetu i to prawdopodobnie na lata.

Trudno mi zatem znaleźć jakiekolwiek racjonalne uzasadnienie dla opcji anektowania Grodna do Polski. Dotyczy to także innych dawnych polskich ziem na wschodzie. Jak ujawnił w 2014 roku, powołując się na słowa ministra Radosława Sikorskiego, portal Politico, w 2009 roku Władimir Putin miał zaoferować Polsce rozbiór Ukrainy. Plotki na temat takich propozycji kierowanych co jakiś czas do Warszawy ze strony Moskwy krążą już od lat. Strzeż się jednak Greków, nawet gdy przychodzą z darami! Przyjęcie takiej oferty, pomimo połechtania naszego mocarstwowego ego, byłoby działaniem na korzyść Rosji i wypychałoby nas w jej objęcia. Wskutek takiego kroku wyizolowana na arenia międzynarodowej Rzeczypospolita miałaby problem, by się sprzeciwić realizacji przez Moskwę jej projektów ponad głowami Polaków, a działania Warszawy byłyby doskonałym usprawiedliwieniem dla groźnej również dla nas imperialnej polityki Rosji.

Krytycy mojego podejścia mogą się wprawdzie oburzać, że nie można w takiej sytuacji opuszczać mieszkających na Białorusi Polaków, którzy najpewniej zostaliby obywatelami Rosji, gdyż to Rosja najpewniej przejęłaby te ziemie, a to by już niwelowałoby argument o wątpliwych korzyściach geopolitycznych. Lepiej przecież wziąć sobie kawałek terytorium, niż nie pozwolić, by główny przeciwnik w regionie wziął całość.

Ulica Brigidek w Grodnie w 1937 r.

Tak, to jest prawda. Lepiej by Białoruś nie stała się nigdy już terytorium rosyjskim, ale to nie oznacza, że powinna być polskim. Jeżeli jeszcze kiedyś kwestionowano świadomość narodową Białorusinów, to teraz nie powinno być co do jej wątpliwości. I lepiej mieć tych ludzi za sobą niż przeciwko i przy okazji przypomnieć sobie, że długie wieki było to miasto Wielkiego Księstwa Litewskiego, a nie jednolitej Polski. Dlatego Grodno, pomimo swoich polskich wątków, jest miastem w pełni białoruskim i nawet gdyby doszłoby do rozpadu państwa białoruskiego, to takim musi pozostać. Rola Polski w takiej sytuacji powinna polegać na tym, by nie żerować jak sęp na porażce sąsiada, ale stanąć w jego obronie. Jeżeli polskie wojsko miałoby kiedykolwiek wkroczyć na Białoruś, to tylko po to, by nie dokonywać tam jakichkolwiek aneksji, lecz po to by bronić tego terytorium przez aneksją innego sąsiada. Polska powinna w takiej sytuacji zapewniać warunki do funkcjonowania białoruskich władz i administracji. Zachować Grodzieńszczyznę dla państwa białoruskiego, a nie przyłączać ją do państwa polskiego. Wówczas Polska nie jest agresorem, a obrońcą. Nie ma przeciwko sobie Białorusinów, a za sobą. Nie trzeba też się martwić kosztami integracji, ewentualnymi sankcjami, izolacją międzynarodową, gdyż tego po prostu by nie było, a taka Białoruś i w ogóle cały region byłby bardziej podatny na długofalowe działanie polskiego soft power.

Tak wypadałoby postępować nie tylko w przypadku Białorusi, lecz w przypadku każdego podobnego kryzysu u naszych sąsiadów. Nie ma zatem powrotu do Wilna czy Lwowa, a ewentualna polska interwencja powinna wyłącznie wspierać zachowanie tam litewskiej czy ukraińskiej władzy. Polska w ten sposób nie tylko pokaże się jako „lider regionu”, ale również osiągnie znacznie więcej, niż gdyby chciała dokonać jakiś granicznych korekt. Już Józef Piłsudski dobrze wiedział, że lepiej na wschodzie mieć przyjazne sobie państwa buforowe, niż wprowadzać tam polskie władztwo, które ani chwały, ani siły nam nie doda.





Komentarze

Udostępnij ten artykuł
Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu

Skomentuj artykuł

Przedłuż subskrypcję, aby dodać komentarz.

Polecane artykuły
pokaż wszystkie artykuły
Reklama
Wszelkie prawa zastrzeżone. © 2017 Kurier Historyczny. Projekt i wykonanie:logo firmy MEETMEDIA