cookies

Używamy informacji zapisanych za pomocą cookies i podobnych technologii m.in. w celach reklamowych i statystycznych oraz w celu dostosowania naszych serwisów do indywidualnych potrzeb użytkowników. Mogą też stosować je współpracujące z nami podmioty. W przeglądarce można zmienić ustawienia dotyczące cookies. Korzystanie z naszego portalu bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia. Jeżeli nie zgadzasz się na używanie cookies możesz również opuścić naszą stronę. Więcej informacji w naszej polityce prywatności (https://kurierhistoryczny.pl/polityka-prywatnosci,7).

A gdyby tak Polska znów była monarchią? Korzyści z posiadania własnego króla

Antoni Bzowski, 29.05.2018

Tron na Zamku Królewskim w Warszawie (foto: Wikimedia Commons)

Niedawno cały świat ekscytował się kolejnym ślubem w brytyjskiej rodzinie królewskiej. Dla wielu splendor monarchii ma nieodparty urok, którego można tylko pozazdrościć mieszkańcom Wysp. Nie brakuje jednak też takich, dla których monarchia to przeżytek, czego najlepszym przykładem mają być właśnie współczesne monarchie, w których królowie są pozbawieni jakichkolwiek realnych kompetencji. A może są dziś jeszcze jakieś wymierne korzyści z ustroju monarchicznego?

Nie do następnej kadencji, a dla przyszłych pokoleń

Pamiętam z lekcji historii, na których zazwyczaj krytykowano polskie dzieje, że jedną z głównych wad monarchii elekcyjnej było to, że władza nie przechodziła z ojca na syna. To oznaczało, że król był zainteresowany jedynie dobrym stanem państwa za swego żywota, w myśl zasady: „po mnie to choćby potop – i tak nikt z rodziny nie będzie rządził". Natomiast w monarchii dziedzicznej ojciec zazwyczaj dbał, aby jego następca miał jak najlepszy start. U nas król musiał najpierw zapewnić tron dla syna, na co tracił siły, środki, czas i niejednokrotnie sprowadzał z tego powodu na Rzeczpospolitą spore kłopoty.

Tymczasem obecnie niemal nieustannie słyszę w radiu i telewizji od różnych „mądrych głów”, że problemem Polski jest dbanie przez rządzących o jedynie zapewnienie sobie następnej kadencji, a to co będzie później odkładane jest na zasadzie, jak mawiała Scarlett O'Hara, „pomyślę o tym jutro”. Nie muszę chyba pisać, że nie jest to dla nas dobra sytuacja. Proszę zwrócić uwagę, jak trudno w naszym kraju wyłuskać jakąś strategiczną wizję rozwoju obliczoną na długie dekady, a nawet jeśli ona już jest, to jeszcze trudniej doprowadzić do sytuacji, że następna opcja polityczna będzie ten plan kontynuować. Prędzej już wywróci wszystko do góry nogami i zacznie od początku.

Fragment obrazu Bernarda Bellotto "Elekcja Stanisława Augusta"

Nietrudno odnaleźć między tymi dwoma sytuacjami pewne analogie. Król w Rzeczpospolitej Obojga Narodów był de facto dożywotnim prezydentem. Nie miał żadnej pewności, że jego syn wygra następną elekcję, więc skupiał się zazwyczaj głównie na tym, aby tak się stało. Teraz natomiast rządzący również pragną wygrać następne wybory i gubią w tym myślenie o przyszłych pokoleniach. Przewaga monarchii elekcyjnej polegała jednak na tym, że król miał przed sobą dłuższą perspektywę rządzenia i więcej mógł zaplanować i zrobić. Gorzej, że usunięcie go w wypadku, gdyby okazał się nieudolny było niezwykle trudne. Choć zgodnie z artykułami henrykowskimi musiał on się liczyć ze swego rodzaju odpowiedzialnością konstytucyjną – czyli rokoszem, nieposłuszeństwem szlachty wobec władcy łamiącego prawo.

Panaceum na te bolączki obydwu systemów wydaje się być konstytucyjna monarchia dziedziczna, gdzie z jednej strony władza pochodzi od narodu, z drugiej ma stabilizatora, działającego bardziej dla przyszłych pokoleń. To nam np. zapewniała konstytucja 3 maja, w której władza wykonawcza należała do Straży Praw, na której czele stał król. Pierwsza europejska konstytucja wprowadzała znany z amerykańskiej ustawy zasadniczej balans władzy ustawodawczej i wykonawczej. To król wybierał ministrów, ale oni odpowiadali za swoje działania przed sejmem. W posiedzeniach miał też uczestniczyć następca tronu (bez prawa głosu), co powodowało, że od najmłodszych lat przyszły monarcha sposobił się do sprawowania władzy, a przez to unikano sytuacji, że osoba na tym stanowisku nie ma koniecznego doświadczenia i wiedzy.

Król spajający państwo

Obecnie jednak najczęściej występującą odmianą ustroju monarchicznego jest monarchia parlamentarna, gdzie król to jedynie ozdoba – pozbawiony jakiegokolwiek realnego wpływu, obdarzony dekoracyjnymi kompetencjami. Namacalną korzyścią z tego wynikającą jest oszczędność na każdorazowych wyborach głowy państwa. Poza tym ma to swój sens, gdy monarcha jest lubiany i cieszy się powszechnym szacunkiem. Pełni on wówczas rolę arbitra w sporach politycznych, a nieodparty urok dworu i monarchii robi krajowi dodatkową reklamę. Przykładowo, w Wielkiej Brytanii dochody ze sprzedaży turystom pamiątek związanych z rodziną królewską przewyższają koszty utrzymania dworu. Gorzej, gdy jakiś król jest nielubiany i kompromituje ojczyznę swoim zachowaniem. Wtedy coraz głośniejsze są głosy przeciwników monarchii utrzymane w populistycznej retoryce: „a po co to komu?"

Zamek Królewski w Warszawie (foto:sfu/CC BY-SA 3.0/Wikimedia Commons)

W Europie dzisiaj możemy zaobserwować dwa style życia przedstawicieli rodzin królewskich. Najbardziej sztywno jest oczywiście w Pałacu Westminsterskim, choć jak widzimy i tam coraz częściej odchodzi się od przyjętych dawno temu zasad. Zupełne swobodne obyczaje panują z kolei w monarchiach państw skandynawskich: Szwecji, Danii i Norwegii. Tutaj kandydaci do tronu prowadzą zgoła normalne życie i nie są oddzieleni szczelnym kordonem od poddanych.

Jednak nawet „wykastrowana z władzy” monarchia może mieć swoje znaczenie polityczne. W czasach międzywojennych polscy monarchiści postulowali oddanie polskiego tronu którejś z dynastii panujących wówczas w Europie. Takie powiązanie dynastyczne było dodatkową i niebagatelną gwarancją istnienia Polski. Rody panujące w Europie nie dałyby przecież zginąć swojemu krewniakowi.

Dzisiaj z kolei wprowadzenie monarchii mogłoby mieć ewentualnie w szczególności walor integracyjny. Jeżeli np. jakimś cudowny sposobem udałoby się namówić Ukrainę, Litwę czy Białoruś do odtworzenia dawnej Rzeczpospolitej, to monarchia byłaby jednym z głównych elementów spajających wszystkie narody nowego związku państwowego. Tak działa np. Belgia, gdzie Walonowie i Flamandowie znacząco się różnią i często kłócą, a rodzina królewska jest jednym z niewielu czynników utrzymujących ich we wspólnym państwie.

Kto ma być królem?

Czas monarchii w gwałtownym tempie zaczął się kończyć po I wojnie światowej. Warto jednak zauważyć, że po pierwszym okresie rozbujanych do granic możliwości systemów parlamentarnych, po latach wiele państw zaczęło wzmacniać władzę wykonawczą, przechodząc do fazy „monarchii bez króla" – jak się określa model półprezydencki np. we Francji. W Rosji obwołanie się Władimira Putina carem stanowiłoby właściwie jedynie zmianę semantyczną. Głośne dyskusje na temat powrotu monarchii pojawiają się m.in. w Bułgarii, Portugalii czy Rumunii. Na razie jednak ciągle panuje moda na demokrację (nawet udawaną), przy której monarchia uchodzi za archaizm. Pozostaje zatem czekać na zapoczątkowanie nowego trendu - powrotu do ustrojów monarchicznych.

Jan III Sobieski w otoczeniu rodziny

W wypadku Polski sytuacja jest o tyle trudniejsza, że nie wiadomo, kto miałby być tym królem. Konstytucja 3 maja wskazuje Wettynów. Im także przyznała prawo do tronu Konstytucja Księstwa Warszawskiego. Jednakże gdy przyjrzymy się bliżej konstytucji 3 maja, to można dojść do wniosku, że raczej tam chodziło o zapoczątkowanie nowej dynastii. W 1791 r. elektor saski Fryderyk August miał jedynie córkę, dlatego w ustawie zasadniczej znalazł się przepis, że w wypadku, gdyby król nie doczekał się męskiego potomka, to jego córka poślubiłaby wybranego za zgodą sejmu męża, co dałoby początek nowej dynastii władców Polski. Wybór króla przez parlament nie jest zresztą obecnie ewenementem. Tak w 1905 r. władzę królewską w Norwegii uzyskała rodzina Oldenburgów.

W Polsce można jeszcze sięgnąć do dynastii rozbiorowych. Romanowowie przynajmniej formalnie tytułowali się królami Polski. Natomiast gdy w 1916 r. państwa centralne utworzyły Królestwo Polskie to najpoważniejszymi kandydatami na dynastię panującą byli spolszczeni Habsburgowie żywieccy.

Są też przecież rodziny królewskie w innych krajach, gdzie dalszy w kolejce do tronu członek ucieszyłby się zapewne z polskiej korony. Londyńskie koła monarchiczne wskazują np. na księcia Kentu, Edwarda Windsora. Często dywaguje się na temat Koburgów belgijskich, chociażby dlatego, że obecna królowa Belgów jest wnuczką hrabianki Anny Komorowskiej i w żyłach jej dzieci płynie też polska krew. Ewentualnie można poszukać wśród swoich rodów arystokratycznych. Czartoryscy pochodzą z tego samego pnia co Jagiellonowie. Najwięcej koligacji z dynastiami panującymi w Europie mają z kolei Radziwiłłowie. Gorzej, jeżeli mieliby być to potomkowie któregoś z polskich królów elekcyjnych. Nie żyją bowiem bezpośredni potomkowie żadnego z nich.

Lecz przeciwko królowi Polakowi ważki argument podał przedwojenny monarchista Marian Zdziechowski:

Tylko powaga władzy monarszej złożonej w ręce człowieka rozumnego, a obcego nam pochodzeniem (bo przeciw swojemu spiskować poczniemy), może przywrócić w kłótliwym z natury, anarchicznym narodzie ład i spokój.

Na razie jednak szanse na wprowadzenie w Polsce monarchii są mniejsze niż na zawiązanie przez PiS i PO wspólnej koalicji w następnych wyborach parlamentarnych, i to pomimo tego, że obranie króla dałoby nam chyba więcej pożytku.

 

Zobacz także:

Ilu Polska miała królów





Komentarze

Udostępnij ten artykuł
Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu

Skomentuj artykuł

Przedłuż subskrypcję, aby dodać komentarz.

Polecane artykuły
pokaż wszystkie artykuły
Reklama
Wszelkie prawa zastrzeżone. © 2017 Kurier Historyczny. Projekt i wykonanie:logo firmy MEETMEDIA