cookies

Używamy informacji zapisanych za pomocą cookies i podobnych technologii m.in. w celach reklamowych i statystycznych oraz w celu dostosowania naszych serwisów do indywidualnych potrzeb użytkowników. Mogą też stosować je współpracujące z nami podmioty. W przeglądarce można zmienić ustawienia dotyczące cookies. Korzystanie z naszego portalu bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia. Jeżeli nie zgadzasz się na używanie cookies możesz również opuścić naszą stronę. Więcej informacji w naszej polityce prywatności.

„Do piekła wrót czy do nieba bram, dojdziesz najszybciej, kiedy idziesz sam”* – recenzja filmu „1917”

Paweł Filipiak, 08.02.2020

Plakatu filmu "1917"

Widoczny powyżej cytat pieczętuje rozkaz wysyłania dwóch brytyjskich żołnierzy na samobójczą misję za linię wroga. Tak zaczyna się fabuła najnowszego filmu Sama Mendesa „1917”. Jeżeli ta recenzja zamknąć by się musiała w jednym zdaniu, to napisałbym, że jest to: najbardziej imponujący, przejmujący i trzymający w napięciu film wojenny od czasów „Szeregowca Ryana”. Każdy kto pragnie poznać jednak więcej szczegółów na temat „1917” niech czyta dalej.

Uznany brytyjski reżyser i twórca takich dzieł, jak „American Beauty” czy „Skyfall” tym razem zabiera nas do 1917 roku i ukazuje nam okrucieństwo I wojny światowej. Nie jest to pierwszy raz, kiedy w swoim filmie Sam Mendes zmaga się z problemem wojny. Jest on wszakże reżyserem innego, bardzo dobrze przyjętego filmu wojennego „Jarhead”, który dla odmiany przybliżał nam realia życia żołnierzy amerykańskiej piechoty podczas działań wojennych w Iraku. Tym razem jest to jednak dla Mendesa dużo bardziej osobisty projekt. Jako współautor scenariusza, luźno oparł go na wspomnieniach swojego dziadka, żołnierza 1st Battalion Rifle Brigade, Alfreda Mednesa.

Jak już zostało wspomniane, fabuła filmu opiera się na misji, na jaką zostali wysłani dwaj brytyjscy żołnierze, szeregowy Schofield (George MacKay) oraz szeregowy Blake (Dean-Charles Chapman). Zaprezentowana w filmie historia jest w gruncie rzeczy dość prosta, ale w tym wypadku jest to zaleta. W niespełna dziesięć minut od rozpoczęcia filmu zaczyna się właściwa akcja, która tylko momentami zwalnia, pozwalając wybrzmieć ważnym dla dramaturgii scenom i daje nam czas na chwilę wytchnienia. To właśnie tempo filmu, oprócz jego perfekcyjnej realizacji (do której dojdziemy za chwilę), jest jego największą zaletą. Wszystko dzieje się na bazie schematu: akcja-odpoczynek-akcja-odpoczynek, przy czym nawet w spokojniejszych fragmentach filmu czuć wiszące w powietrzu napięcie. Nie wiemy, kiedy zaatakuje snajper, kiedy spadnie ostrzał artyleryjski czy zza pobliskiego wzniesienia nie wyłoni się niemiecki patrol.

 

To co jednak w „1917” robi największe wrażenie to warstwa realizacyjna. Mowa tu przede wszystkim o zdjęciach. Kompozycja poszczególnych kadrów oraz sposób prowadzenia kamery są po prostu fenomenalne. Odpowiedzialny jest za to prawdziwy weteran tej branży, Roger Deakins. W przeszłości stworzył zdjęcia do takich kultowych filmów, jak np.: „Blade Runner 2049”, „Skyfall”, „To nie jest kraj dla starych ludzi” czy „Skazani na Shawshank”.

„1917” zdaje się być nakręcony jednym, długim, dwugodzinnym ujęciem (tzw. mastershotem). Sprawia to wrażenie, że w filmie nie ma żadnych cięć (co oczywiście nie jest prawdą). Pierwsze minuty seansu są wręcz dziwne, gdyż czujemy się jak w grze komputerowej. Kamera zawsze śledzi głównych bohaterów. Czasami jest za ich plecami, czasami znajduje się przed nimi, krąży wokół nich i nigdy nie odstępuje, nawet na krok. Poczucie imersji i realnego przebywania na linii frontu jest poruszające. W efekcie, w scenach w okopach widz namacalnie czuje ogromny ścisk i spowodowane tym poczucie dyskomfortu. Kiedy Blake i Schofield wychodzą z okopów i stają na zaoranej przez artylerię ziemi niczyjej, to wręcz odruchowo kulimy się w fotelu. Czujemy jakbyśmy byli z nim na tym miejscu, kompletnie odsłonięci, nie mając żadnej osłony przed strzałem snajpera. Zdjęcia są zarazem niezwykle plastyczne i realistyczne. Jestem pewny, że kilka scen z „1917” na stałe zapisze się w kanonie światowego kina.

Kadr z filmu 1917 (foto: mat. pras.)

Zdjęcia w filmie są tak dobre, że aż przyćmiewają inne, również stojące na bardzo wysokim poziomie elementy składowe filmu. Jednym z nich jest muzyka, która we wspaniały sposób buduje jego atmosferę. Jej twórcą jest kolejny branżowy weteran - Thomas Newman, który z Mendesem współpracował już przy „American Beauty” i „Skyfall”. Wykreowana przez Newman’a muzyka w odpowiednich miejscach podnosi napięcie, potęguje wrażenia podczas scen akcji, a w chwilach oddechu pozwala oddać się zadumie nad losem rzuconych na pewną śmierć żołnierzy (szczególnie za gardło chwyta wyśpiewana a capella pod koniec filmu stara amerykańska pieśń „I Am a Poor Wayfaring Stranger”). Nie gorzej od muzyki wypadają również kostiumy czy scenografia. Pieczołowitość odwzorowania strojów i mundurów z epoki jest perfekcyjna, a widok zrujnowanego ostrzałem artyleryjskim miasta robi olbrzymie wrażenie.

Na sam koniec pozostała gra aktorska. Główne role powierzone zostały młodym, zdolnym brytyjskim aktorom. Zarówno George MacKay, jak i Dean-Charles Chapman robią to co do nich należy. Ich gra jest prosta i nieprzesadzona. Doskonale dogadują się na ekranie i zdają sobie sprawę, że grane przez nich postacie to tylko jedni z setek tysięcy walczących na froncie I wojny światowej. Prości chłopcy, którzy chcą jedynie przeżyć piekło wojny i wrócić w rodzinne strony. Role epizodyczne powierzone jednak zostały znanym brytyjskim aktorom. I tak na krótko na ekranie zobaczymy m.in. Colina Firth’a, Marka Strong’a, Richarda Madden‘a czy Benedicta Cumberbatch’a.

Słowem podsumowania powróćmy jeszcze raz do przytoczonego na początku cytatu. „1917” to samotna wędrówka przez piekło wojny i czekające na szczęśliwców niebo w postaci jej końca. Piękny wizualnie i perfekcyjnie zrealizowany film o starciu jednostki z wojenną machiną. Cieszyć może fakt, że tak długo pomijany w kulturze masowej okres I wojny światowej w końcu doczekał się dzieła w należyty sposób portretującego ten rozdział historii. Dla tych wszystkich, którzy chcieliby w jeszcze pełniejszym sposób wczuć się w atmosferę dzieła Sama Mendesa, polecam przed seansem „1917” obejrzeć dostępny obecnie w ofercie HBO i wyreżyserowany przez samego Petera Jackson’a film dokumentalny „I młodzi pozostaną”. Będzie to świetna przystawka pozwalająca lepiej zrozumieć ducha czasu tamtego okresu.

„1917” jest pozycją obowiązkową nie tylko dla fanów kina wojennego i miłośników historii. Zarówno pod kątem formy jak i treści jest to świetny kawał kina i stawiany być może w równym rzędzie z takim klasykami jak „Pluton” czy „Szeregowiec Ryan”.

Nasza ocena: 9/10

* W oryginale „Down to Gehenna or up to the Throne, He travels the fastest who travels alone” - The Winners - Rudyard Kipling





Komentarze

Udostępnij ten artykuł
Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu

Skomentuj artykuł

Przedłuż subskrypcję, aby dodać komentarz.

Polecane artykuły
pokaż wszystkie artykuły
Reklama
Wszelkie prawa zastrzeżone. © 2017 Kurier Historyczny. Projekt i wykonanie:logo firmy MEETMEDIA